Niobe

W ramach prezentu na własne urodziny daje mi swoje zdjęcie. Mówi, że w dniu urodzin dzieci, prezenty powinno dawać się ich matkom, ona więc daje prezent w dniu swoich urodzin. Jakby dziękowała za te swoje sześćdziesiąt lat, jakby dziękowała za te moje prawie skończone trzydzieści trzy. Z dedykacją, za te wszystkie, wspólnie spędzone, lata.

Pastelowa fotografia z półuśmiechem, którą boję się oprawić w ramki. Zrobić ołtarzyk ze zdjęcia i mimowolnie zerkać na niego za każdym razem gdy przechodzę przez pokój.

Jest tyle określeń na żony z nieżyjącymi mężami, mężów z nieżyjącymi żonami i dzieci bez rodziców. Nie ma jednak określenia na matki i ojców, którzy stracili swoje dzieci.

vide: które jego jest

Reklamy

9.12

Jeden dzień cieszysz się z napisanego wiersza.
Przez resztę dni chcesz umrzeć.

 

lektury, co doprowadzają do łez

Babcia, która płacze bo przyjechałem, która płacze bo wyjeżdżam, bo zupa jej nie wyszła, bo nie pamięta, jak przez lata tę zupę robiła. Płacze, bo niedosłyszy i trzeba powtarzać, powtarzać się i mówić głośno, mówić wyraźnie. Z głową odwróconą, w jej stronę zwróconą. I płacze, bo słucha, a niedosłyszy.

Babcia, pyta mnie, czy coś piszę, bo ona czyta. Bo czyta, co napisałem. Z tej ulotki pokonkursowej czyta na głos wiersz. I jako jedyna, która czyta na głos mój wiersz, dobrze akcentuje, tak jak napisałem, jak myślałem. Dobrze czyta, frazuje, a nie rozumie. Nie wie, że to wszystko o chłopcu, który wyszedł z domu, wyszedł ze mnie i już go nie ma. I płacze, bo pyta, czy piszę? Płacze, bo chciałaby jeszcze za życia poczytać.

Historia przemocy, której nie było

Już po skończeniu książki, ciągle siedzi ci w głowie, ty siedzisz w domu, lub właśnie leżysz na łóżku, cała reszta to już tylko figura stylistyczna, pozycja statyczna. Bo przecież leżałeś, czytałeś. I  myślisz, że to równie dobrze, czy też właśnie równie źle, mogło spotkać by ciebie.

Poznaję mężczyznę, który przychodzi do mnie, jak wielu przed nim przychodziło i wielu po nich pewnie przyjdzie. Choć mam nadzieję, że nie. Przyjdzie jeden i zostanie. Nie znam ich. Bo cóż znaczy tych kilka wymienionych wiadomości, zdjęć, lub kurtuazyjne spotkanie w przelocie, skoro właśnie o przelot tu chodzi. Przecież mógłby zacząć dusić, mógłby cię zmusić. Pamiętaj, jak chcesz bawić się w wiązanie, nigdy nie rób tego u siebie w domu. Nigdy tego nie rób z kimś obcym. Tak naprawdę wystarczyłoby jedno silniejsze uderzenie i tracisz przytomność. I tracisz przytomność, bo ma takie ładne oczy i uśmiech. Nie boisz się, że coś ci się stanie? Bo cóż mogłoby mi się stać. A potem bach. A potem wyniesie, telefon, aparat, laptop i ciebie. Bo przecież nie zostaniesz. Stracisz coś bezpowrotnie. Na przykład siebie.

Gdy czytasz książkę, tak bardzo cię boli. Dajesz się jednak porwać opowieści, historii, która mogłaby być twoją historią przemocy. Styl, język, faktura tekstu. Te wszystkie cudzysłowy, kursywy wtrąceń, komentarze z offu, rekonstrukcje. Hipnoza i prawda zależna i niezależna. Gdy dopisuję w sobie kolejne wersje. Historii opowiedzianej przez siostrę narratora. Historii opowiedzianej policji, w szpitalu. Relacji zdanej znajomym. Znanej tylko sobie. Tylko mnie. Wszystko narasta, nawarstwia się i pęcznieje od słów.

Siedzę jednak w domu, bezpieczny, jak tylko można czuć się bezpiecznie w domu. Właśnie ktoś wyszedł. A miałeś nadzieję, na więcej. Nic nie dostałeś, a zabrano ci wszystko. I już narasta to poczucie zagrożenia, bo właśnie skończyłeś książkę. Zostałeś sam.

Édouard Louis – Historia przemocy
Tłumaczenie: Joanna Polachowska
Wydawnictwo Pauza, 2018

Ex libris

Mówi, że to już chyba dorosłość, dojrzałość, tak o tym myśleć. Nie gromadzić już książek dla samego mienia. Nagromadzania. Kupować, dostawać i odkładać na uświęcone kiedyś, na wieczne nieprzeczytanie. Bo przecież potem nie będzie, potem zabraknie. Nakład wyczerpany, allegro plus tysiąc procent do ceny zakupu.

Trzeba wyłuskać te ważne. Do których się wraca, z autografami, dedykacjami, wspomnieniami wiążącymi. Potrzebne do pracy. Pozbyć się serii, z których może dwie pozycje mają znaczenie. Zamienić je na ładniejsze wydania. Odsprzedać metry książek, tych do przeczytania na raz. Bo przecież ciągle brakuje miejsca na kolejne, na nowe ważne, dostane, kupione, zadedykowane. W niektórych wpisu nie ma żadnego, pamiętam jednak od kogo, choć jego już dzisiaj nie ma. Została książka. Memento.

Odkryć te zapomniane, zakurzone. Ściśnięte między innymi. Bo one są na półce, jak Dżuma Camusa, którą znów chciałem kupić. A przecież jest w którejś tam serii, choć czytać się jej nie da. Druk zbyt mały, zbyt ciasny, a wydanie żadne. Numery serii muszą się zgadzać, kolekcja niepełna.

Zostawić kilka istotnych tomów wierszy, książki ukochane, autorów ulubionych, tych do których wracam, lub przeczytam i wracać będę, bo jeszcze do nich nawet nie zajrzałem. Klasyka rosyjska, biografie za grube na wożenie w tramwaju, opasłe zbiory druków prawie wszystkich, dzienniki, listy i monografie. Po raz kolejny obejrzeć albumy, zaznaczane fiszkami fragmenty.

Mieć księgozbiór, bibliotekę z prawdziwego zdarzenia. Moje półki są pełne, twoje jeszcze puste, bo i ciebie nie ma, żeby wypełnić tę perspektywę z miejscem na książki. Mieszkanie też pojedyncze, na jedną osobę. Więc przeprowadzić tego wszystkiego przecież nie dam rady. Półki się uginają, strop jeszcze jest prosty.

Tymczasem dokupuję kolejne i przestrzeń zapełniam. Rekompensuje to miejsce, czas i brak celu. Bo to akurat najbardziej doskwiera.

Dlaczego nie.

Kompulsywnie oglądam serial, w którym główna bohaterka popełniła samobójstwo.
Oglądam drugi sezon serialu, w którym główna bohaterka popełniła samobójstwo. Ileż można nakręcić o tym odcinków?
Choć to tak naprawdę jest o tych, którzy nie popełnili samobójstwa, albo im się nie udało.
Słownik podkreśla mi słowo kompulsywnie.
I o tym, jak bardzo chujowi potrafią być ludzie.
Serial o tym, jak sam byłem wyzywany, opluwany i bity. A w łazience ukradkiem zmywałem plwocinę ze skórzanej kurtki, którą do dziś noszę, z bluzy, z koszulki, z plecaka. Plecaka, który ktoś spryskał czymś strasznie śmierdzącym i do którego przylepiano kartki, z niczym, co nie byłoby prawdą, a jednak bolało. Tak jak te uderzenia od niechcenia.
Serial, w którym pada określenie, że potem jest lepiej, a liceum kiedyś się skończy, że to wszystko się kiedyś skończy. Choć nie pamiętam dokładnego cytatu, a to tutaj brzmi bardziej dramatycznie. Choć nie pamiętam, żeby coś się zmieniło. Odcinek piąty: wstaję rano.

częstotliwość

Gdy już nie trzeba się martwić o pracę, płacę i za co kupić codzienne jedzenie. Życia ma się aż nadto i można się martwić o siebie. Można się martwić o wiersze. Światło ciemnieje, aparat nie słucha. Ściana mieszkania wciąż głucha. Coś charczy, rzęzi i dusi co rano. A przecież nic w środku nie stuka. Nikogo nie ma i nikt do mnie nie puka. Łóżko też puste. Przed snem bardziej milczy i zdradza się sobą.