Bez zdjęć

Na działkach znajomych, w pełnym słońcu, opalanie nago. Na siłowniach, ze zdjęciami wysportowanych sylwetek w markowej odzieży lub bez, wrzucanymi potem na portale społecznościowe. W knajpach przy kolorowych drinkach, w klubach przy muzyce, albo w tych klubach, w których można się rozebrać. Relacje z koncertów i tym jak się dobrze bawisz. Powrotach nad ranem w towarzystwie lub bez. W towarzystwie lub bez relacje o relacjach na relacjach. Na domówkach, balkonach, plażach i w basenach. Albo właśnie nie. W koszulach pod krawatem, owocowych czwartkach i benefitach przy zarobkach powyżej średniej krajowej. W domach z obrazami na ścianach i osobą sprzątającą co sobotę, lub w każdy inny dzień tygodnia. Z książkami, które chciałbyś mieć, albo na które chciałbyś mieć miejsce. Przy stolikach istniejących tylko po to żeby wyłożyć na nie albumy i kryształową karafkę z drogą whisky. W pozorach i braku pozorów. Z rodzinami lub bez rodzin. Tymi akceptującymi i tymi od których bez żalu się odcinasz, dzwoniąc do nich od święta lub nie dzwoniąc wcale. Ślubami branymi w innych krajach i z kimś kto po prostu jest. A twoje-moje-ojej ojej życie jest gdzie? Jest gdzie indziej. Czasem tylko przykro.

wypiek

Niedługo miał minąć rok od kiedy nie żyje. Ale jeszcze nie, jeszcze parę miesięcy, parę dni. Jeszcze jest czas. Przy okazji ciasta mówię, że robiła najlepsze drożdżowe na świecie. Z powagą, na jaką zdobywają się tylko dzieci, jeszcze pięcioletni, pyta czy zostawiła przepis. A przepis zostawiła? Przy okazji kawy i ciasta rozmawiamy o tym, że robiła najlepsze ciasto drożdżowe i mama przyjaciela mówi, że też wypieka i kiedyś mi zrobi. Następnym razem gdy przyjeżdżam przywozi blaszkę. Mała trumienka ciasta. Żółtego od jajek, puszystego od drożdży. Przekroimy w pół. Zabiorę je ze sobą do domu. Jedząc do kawy, będę myślał o tym, że niedługo minie rok od kiedy nie żyje i nie będę już smarował formy, obsypywał bułka tartą, jak robiłem to jeszcze jako dziecko. To było moje zadanie. Choć już od lat tego nie robię, bo używaliśmy papieru. Choć już prawie od roku nie żyje.

porcelanka

Na początku chciała zmienić tylko płytę. Może ją wyszlifować, żeby nie był chropowaty, żeby nie było widać ubytków. Trzydzieści lat deszczów, mrozów, roztopów i upalnych słońc sprawiły, że małe kamyczki powyskakiwały i zostały tylko po nich ubytki, jak dziury w zębach. Kamieniarz jednak stwierdził, że to się nie opłaca. Zarówno jeśli wziąć pod uwagę kwestię ceny jak i czasu, na który takie szlifowanie wystarczy. Zwłaszcza, że sypie się też fundament. Warto więc by wymienić cały nagrobek. Zamówiła go niemalże w hurcie razem z pomnikiem dla babci. W każdym razie zapowiedziała, że będzie takie zamówienie, a przy okazji taniej, bo dalej od miasta. O ile można mówić taniej mając na myśli taką kwotę. Chodziliśmy więc po cmentarzach i oglądaliśmy inne nagrobki oceniając co nam się podoba, jaki ma być kolor, kształt krzyża i forma. Jeszcze jako dzieciom opowiadała nam, że dała się namówić koleżankom na to, żeby przy płycie był medalion, porcelanka, zdjęcie z wizerunkiem. A przecież ich wcale nie lubi, nie podobają jej się zdjęcia. Przy tej zmianie myślałem, że nam go zwrócą. Ten medalion. Spytała kamieniarza, co z nim zrobili przy demontażu. Chowają go w ziemię. Podobno taki jest zwyczaj. Chowają go w ziemię przy zmianie pomnika. Żeby nic nie zostało. Teraz pół żartem, pół serio, ale zdecydowanie pragmatycznie mówi, że opłaciła już miejsce na kolejne dwadzieścia lat i że pomnik pewnie wytrzyma, więc nie będziemy mieli problemu przy jej śmierci. Mówimy, z siostra, że dożyje, ale ona kręci głową, żebyśmy się nie oszukiwali. I jak myślę o tym pochowanym medalionie to myślę, że to nawet nie on jej przeszkadzał, ile fakt, że kiedyś musiałby pojawić się koło niego drugi z jej wizerunkiem.

włamywacz

Przyszła do mnie w nocy, choć wcale nie było późno, po prostu wcześnie położyliśmy się spać. Nie pamiętam już, czy to dlatego, że mieliśmy wcześnie wstać, czy może wróciliśmy bardzo zmęczeni. A mieszkanie nie było zamknięte, o czym zawsze zapominam, jeśli nie zrobię tego odruchowo zaraz po wejściu. W każdym razie było późno, ale jeszcze nie na tyle, żebym spał. Jeszcze trochę czytałem, ale z pewnością już leżeliśmy w łóżkach. Wtedy rozległo się pukanie. Roztrzęsiona sąsiadka mówi, że ktoś obserwuje jej mieszkanie, stoi pod balkonem i prawdopodobnie planuje się włamać. Stoi pod balkonem i wpatruje się w okna. A to jest pierwsze piętro i na pewno planuje. Żebym zobaczył przez balkon, żebym wyjrzał przez okno i czuwał, bronił i strzegł. Skoro jeszcze nie doszło do skutku, policja przez telefon mówi, że nie mogą nic zrobić, bo i nikt nic jeszcze nie zrobił. Sprawdziłem, ale przez balkon nie było nikogo widać, więc uspokajam sąsiadkę, która już na tę policję zdążyła zadzwonić i zapukać zdążyła do nas raz jeszcze. I nikt pod tym balkonem nie stał, nie wypatrywał. Noc już jednak stracona, bo człowiek włączony jak telefon w tryb czuwania i nasłuchiwania. Choć pewnie gdzieś już tak nad ranem odpłynąłem.

Wychodziliśmy potem z mieszkania i spotkaliśmy ją na klatce. Kryguje się, uśmiecha zawstydzona i przeprasza. Opowiada, że piętro niżej mieszka dziewczyna, której wyglądał jej chłopak na nią czekający, sprawdzał, czy już wróciła do domu. I patrzył w okna, pod okno podchodził. Sąsiadka myślała, że to włamywacz, że się włamywać chce. A my pewnie spaliśmy i ona nas obudziła i przeprasza za nocne w stan gotowości postawienie. Sama jest i opowiada, że dopiero teraz sobie uświadomiła, że to była rocznica jak na raka zmarł jej partner i może stąd to rozedrganie, ten niepokój i nerwy. Sprawy sobie z tego nie zdawała, choć pewnie w środku wiedziała i czuła, i przeprasza, ale człowiek głupi, stary i strach tak samemu.

Gest.

Minął chyba dokładnie rok, z drobnym przesunięciem w którąś ze stron. Całe miasto wtedy zamarło, a my spacerowaliśmy po bulwarach wiślanych. Nasze wcale nie pierwsze spotkania i wcale nasze nie pierwsze spacery, które spędzaliśmy razem. Zmiana jednak była. Nie tylko z tego powodu, że całe miasto zamarło. Daliśmy sobie szansę na przetrwanie i próbowaliśmy zacząć spinać coś, czego jeszcze nie określaliśmy w żaden sposób. Wszyscy byli w domach i tylko czasem jakiś zabłąkany rowerzysta przeciął nam drogę. Pusto więc całkiem bezpiecznie. Więcej było milczenia, bo nie umieliśmy rozmawiać i nie umieliśmy nie rozmawiać. Tak pusto i całkiem bezpiecznie, że zaśmiał się, że moglibyśmy się złapać za rękę. Pół żartem, pół serio, ale w obu przypadkach z przekonaniem wygiąłem w jego stronę nadgarstek. Śmieszny gest, jakbym pokazywał jednocześnie „nie wiem” i „oto jestem”. Rzucona rękawica, która nie została podjęta.

Innym razem odprowadzaliśmy się wzajemnie, miał jechać do siebie. Chciałem go pocałować na pożegnanie. Wtedy się wyrwał i mówił, że jeszcze ktoś zobaczy, że jeszcze nas zabiją. Często tak mówił, gdy wsuwałem mu rękę pod ramię, albo chciałem publicznie przytulić, lub okazać, coś okazać. Czasem sam wsuwa mi rękę pod ramię. Szybko jednak chce się wyłuskać, a wtedy przyciskam łokieć do boku i mu nie daję. Jeszcze kawałek tak idziemy póki się nie uwolni. Przekomarzamy się, a on się boi, że ktoś jeszcze nas zobaczy. Niech zobaczy. A on się ciągle boi, że ktoś nas jeszcze zabije. Niech zabije.

W żartach mówię, że go obronię, że zakryję, osłonię. „Lubimy” myśleć, że jest w nas odwaga. I wcale nie jest tak, że się nie boję. Jest mi wszystko jedno, właśnie dlatego, że nie jest mi wszystko jedno. Cokolwiek się zdarzy nie chcę się musieć bać. I nie chcę, by gestem odwagi cywilnej było trzymanie się za ręce. Tu i teraz. Jeszcze żyję. I nie chcę się musieć bać. Bo jedyne, co mi zostało, to to drobne, wygasające poczucie godności. To, że chcę żyć życiem, którym chcę żyć. Które wygląda tak, że mogę złapać za rękę osobę, do której coś czuję.

W Europie, Polsce, w Warszawie, w wieku 35 lat, w XXI wieku, w końcu.

Man In Da House

Jeszcze chyba nie było komórek, co najwyżej lokatorskie. Część z tych komórek w naszym ciągu zostało sprzedanych i przerobionych na dodatkowy pokój do innego mieszkania. Mama naszej nie chciała oddać, bo gdzie by miała miejsce na słoiki z ogórkami, kompoty i ozdoby choinkowe. W każdym razie chyba jeszcze nie było telefonów komórkowych bo dzwoniono na stacjonarny. Pamiętam, że byłem już po mutacji, bo głos mi się obniżył i zmężniał. Samego przechodzenia mutacji jednak nie pamiętam. Telefon odbierałem swoim męskim głosem mówiąc, że tu jest mieszkanie państwa, i że słucham. Potem wołałem mamę i zwykle kończyło się na heheszkach. W telewizji musiało lecieć „Co ludzie powiedzą?”.

Mama już chyba pracowała w szkole, bo telefon był od jednej z koleżanek z poprzedniej pracy. Mama, o której wiedziano, że jest wdową i mieszka sama, że mieszka z dziećmi. I potem te pytania:

– Te… Grażyna! Co za facet jest u Ciebie?
– Jaki facet?
– No, kto odbierał telefon?
– No Marcin, a kto?
– Marcin? Nasz Marcin? Nasz malutki Marcinek?

Zero suspensu, ani wyczucia chwili. A mogłaby skłamać. Po mieście poszłaby plotka, że mama przyjmuje gości, a dzieci wychowują się same. Zresztą, w żartach, z siostrą, zawsze mówiliśmy, że wychowywaliśmy się sami. Co tylko w części było nieprawdą. Tak jak ten facet w mieszkaniu.

PN-83/P-84502

I

W domu moich dziadków, który już nie jest takim, jakim go zapamiętałem z dzieciństwa, stoi maszyna do szycia. Zarówno dom jak i dziadków takich nie zapamiętałem. Jedna z tych wielkich, kolubryniastych maszyn, prawdopodobnie firmy Łucznik, albo inny Singer, które chowają się w drewnianym stole. Nie umiałbym pewnie podać jej specyfikacji, numerów seryjnych, ani wymiarów, ale wiem, że była duża. Duży stół z żeliwnym pedałem i kołem. Dwie szufladki i rozmiar, który dla mnie jako dziecka, był imponujący. Dziś zmalała, drewno ściemniało jeszcze bardziej i znikła gdzieś w kuchni pod stosem koców, podręczników i starości.

To była moja miejscówka. Stół, gdy maszyna była schowana do środka, nie służył zupełnie do niczego. Tylko kilka razy widziałem jak dziadek wyciągał z bebechów tego Łucznika, albo innego Singera, jakby wyciągał Jonasza z brzucha wieloryba. Kiedyś stała w dużym pokoju pod kaloryferem. Pokoju, którego nigdy nie nazwałbym salonem. Jako dziecko, a potem długo jeszcze, gdy przyjeżdżałem na święta, siadałem na tej maszynie i opierałem nogi o ten kaloryfer. Pozycje leżąca z książką w ręku. Z poduszką pod głową do oglądania telewizji, w pozie skulonej. Oparty o ścianę i rurę grzewcza. Moje siadania tam były różne. Ale to było moje miejsce. W szufladki były pochowane chusteczki do smarkania, które dla mnie alergika stanowiły podstawowe wyposażenie rzeczonej maszyny, tego stołu z jego szufladkami. Chustki najpierw te wielorazowe, materiałowe, które zawsze wyciągałem z wielkiej szafy, potem już tylko kolejne opakowania jednorazowych chusteczek higienicznych. Po przyjeździe odkładałem tam swoje rzeczy, głównie stosy książek, które miały mi starczyć podczas całego pobytu.

Jeśli maszyna stałaby tam, gdzie stała, pewnie nadal bym na nią wskakiwał, mościł się próbował złożyć się tak, żeby ją sobie przysposobić. Obecnie stoi w kuchni, prosto z sieni wchodzi się na nią i tam po prostu jest. Dziś także odkładam tam czapkę z daszkiem, plecak, rękawiczki. Moje rzeczy, które pod naporem masy pozostawionej spadają i już tam nie przynależą tak jak kiedyś. Wywędrowują do pokoju ciotki, do dużego pokoju, na fotele, łóżka i spalniki. Na wielkim żeliwnym pedale, leża jakieś koce swetry, w których połach babcia czasem szuka agrafki.

II

Mała maszyna do szycia, w moim pokoju, stała koło mojego biurka. Schowana sztywny pokrowiec w kolorze kawy z mlekiem – bardziej w szary beż. Jak foka, która weszła do bryły o kształcie trapezu. Stała tam i stała i zaczęła służyć jako podnóżek. Teraz pewnie gdzieś jest na strychu w domu dziadków. Mama do dziś opowiada, że była taka, działała, może jeszcze działa, uszyła na niej zasłony do dużego pokoju. Dziadziuś upiera się, że działa i że jest, pewnie tylko zapięcie od walizki się nie dopina, pewnie trzeba by wymienić igłę jeśli się złamała, naprawić jeśli jednak nie działa. Pokrowiec na pewno jest wgięty od moich nóg. Do popsucia zapięcia się nie przyznaję.

III

Kupuje mi, w ramach prezentu, kurs szycia dla początkujących – pierwsze spotkanie z maszyną. Wspólnie widzieliśmy szkołę koło mojego domu i pomyślał, że skoro mnie to interesuje i z fascynacją tam zawsze zaglądam, to będzie to idealny prezent. Piękne szkolne okna od ulicy. Jak wielka pasmanteria z kolorowymi belami materiałów, przybornikami i kursantami siedzącymi przy stołach. Marcin mówi, że taki kurs nie zajmuje miejsca w mieszkaniu. Mama mówi, że pewnie wdałem się w dziadziusia, że to są rzeczy, które warto wiedzieć i znać. Umieć sobie poradzić w życiu. Dziadziuś mówi, że on wszystko umiał na tym swoim Jonaszu, i że pewnie się w niego wdałem. Teraz tylko jak przewieźć maszynę fokę. Kiedyś chciałbym, by w moim domu znalazło się też miejsce dla tego Singera, choć to pewnie jest Łucznik. Maszyna już jednak zajmuje miejsce. Sam, w ramach kursu, nauczyłem się jak wszyć wypustkę, lamówkę i zrobić szew jeansowy, francuski i szew bieliźniany.