W celach szkoleniowych i podnoszenia jakości usług wszystkie rozmowy są rejestrowane. Jeżeli nie wyrażają państwo zgody na ich nagrywanie, prosimy o przerwanie połączenia.

Zaczyna się zawsze niewinnie. Wiele zdarzeń zaczyna się od tego, że na początku wyglądają niewinnie. I niewinni będą wszyscy poza tobą, a cała reszta to tak zwana szara strefa, łatwo się w niej rozmyć, jeszcze łatwiej ukryć. Ukrywanie się też z pozoru bywa niewinne.

Najpierw jest telefon. Jeden drugi. Sytuacje z gatunku tych, które nazywamy rodzinnymi. Padają pytania, padają odpowiedzi. Wszystko pada i zdycha jak martwa zebra na sawannie dookoła której zbierają się hieny, dookoła której latają muchy. Król lew 33 i 1/3 – Dzieci Skazy.

Ani się obejrzysz, dzwonicie do siebie codziennie, nie mając sobie kompletnie nic do powiedzenia. Skutecznie ignorując wszystko to, co pomiędzy. Wszystkie zdarzenia przed i wszystkie zdarzenia po.

Najgorsze są pytania: co u ciebie? Co? – Psinco. Odpowiedzi, co u mnie i wszystko tak, żeby tylko nie usłyszeć odpowiedzi, żeby przypadkiem nie padła żadna niewygodna prawda. Prawda też umiera. Często jako pierwsza.

Żeby tylko nie usłyszeć odpowiedzi. Żeby tylko nie usłyszeć odpowiedzi.

Z dnia na dzień coraz prościej jest się ignorować. Wystarczy włączyć autopilot i jedziesz. Byłem w pracy, byłem w kinie, jestem w domu, widziałem, spotkałem, oglądałem, kupiłem, czytałem. Zwłaszcza czytałem, bo ona też czyta. Kupiłem pomidory, paprykarz i pieczywo. Z tych lepszych pieczyw. Powiedziane zamiast. Nie mówić też trzeba umieć.

Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię.

I nie pamięta żadnej z sytuacji, żadnych z planów, zdarzeń, miejsc i imion. Każdego więc przedstawiasz jej na nowo niczym w „Dzienniku Bridget Jones”. To jest Marcin. Marcin pracuje w bibliotece, lubi pisarzy austriackich, cienkie papierosy mentolowe i białe wino z sokiem pomarańczowym. Marcin ma depresje i leczy się z niej od lat, ma myśli samobójcze ale nie ma faceta, z kilkoma tylko bywał. A ta koszulka z motywem florystycznym skrywa jego mordercze instynkty, bo nie odziedziczył po ojcu ręki do kwiatów. – Nie tego nie powiesz. Za każdym więc razem przedstawiasz od lat tych samych znajomych, którymi nie jest zainteresowana, by w końcu mogła być nimi dalej niezainteresowana.

Google: czy „z” jest? – Nieodmienna część mowy, która służy do określenia relacji przestrzennych, czasowych i przyczynowych. Bez skutków.

Znajdujesz się i jesteś potrzebny. Sprawdzasz się w roli, bo zawsze dzwonisz, zawsze jeździsz, pamiętasz, albo dyskretnie jest ci przypominane. Jesteś ten dobry, to nic że. Ale csiii… O tym się nie mówi, tego się nie porusza. Wisi nad kanapą i czeka na wystrzał. Zwłaszcza jak zapomnisz.

Nie dzielicie ze sobą. Po prostu się ze sobą nie dzielicie, a dzieli was tak naprawdę wszystko. Naprawdę razem, na pewno oddzielnie.

Wszystko jest już za ciebie ustalone, wymyślone i zorganizowane. A ty tak sam siedzisz. Przecież nic nie robisz. I przecież nie masz życia, bo nie masz dzieci, zobowiązań i nagle? Co się stało? Co się zmieniło? Nagle? Ale czy aby tak znów nagle. Trailer filmowy wyświetlano już dawno. Nie chcesz, nie czujesz i nie musisz. Całym sobą nie chcesz. Bo. Choć nie musisz przecież znajdować powodów. A gdy nagle mówisz: nie. Nie, nie, nie, za daleko.

Jest mi bardzo gorzko i dławi mnie w gardle. Nie chcę się rozpłakać.
Bo cóż mam ważniejszego do roboty.
Są rzecz ważne i ważniejsze.
Nie zawsze robi się to na co się ma ochotę.
U nas ok, jeśli cię to interesuje.

Nie zrobiłeś nic złego, ale. „Ale” – nieodmienna część mowy, która służy do unieważnienia wszystko, co się powiedziało przed chwilą.

I nie jesteś złym synem. I nie jesteś złym synem. I nie jesteś złym synem.
I ona nie jest złą matką. Nie jest złą matką.
Ale.

I nie jest to szantaż emocjonalny. I nie jest to wcale szantaż emocjonalny.

Coraz mniej mówisz, bo boisz się wybuchu. Zwłaszcza w sytuacjach rodzinnych. Sytuacje rodzinne mają to do siebie, że skłaniają do wybuchów. Wybuch wulkanu Eyjafjallajökull nastąpił 15 kwietnia – miasta Fljótshlíð i Markarfljót zostały ewakuowane. Trzęsienie nie spowodowało ofiar w ludziach. W duchu wiesz, że to niczego nie zmieni. I tak wszyscy się ładnie uśmiechną do zdjęcia. Na zdjęciu też nic nie słychać.

Trzy razy do roku usłyszysz: uważaj na siebie. Dziwnym trafem, zawsze w dzień, kiedy idziesz do sauny. Wiesz, że to znaczy tyle, co: wiem, że nie wiem czy kogoś masz czy się z kimś nie spotykasz? Czy się zabezpieczasz? Czy jesteś bezpieczny? Czy jesteś niebezpieczny? Toksyczny? Zarażający? Nie chcę wiedzieć. Nic nie mów. Troszczę się. Martwię się. Ale nie muszę o tym wiedzieć. Ty musisz o tym wiedzieć, ja muszę powiedzieć. I wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No chyba nie-e.

Nigdy nie zapytała czy jestem szczęśliwy. A słowami: też cię kocham, szastamy jak dwójkami na tacę. Rzadko uczęszczam na mszę. O wiarę też mnie nie spytała. Najgorzej ma ten, kto musi wrzucić pierwszą monetę, wtedy tak przyjemnie nie brzęczy. Przecież nie zbiedniejemy, ale oczyścimy sumienie. Nic nas to nie kosztuje.

Wyznajmy naszą wiarę.

I wtedy się odobraża. Dzwoni po półtora tygodnia bo dostała maila od wujka Google i nie wie co ma z nim zrobić. No żesz kurwa mać [potocznie: ojej, ojej].

Spytaj mnie jak serwisanta, jak amanta, jak dewianta. Spytaj mnie czy znajdą mnie na okładce Polityki, Newsweeka, Sieci i Do kurwa rzeczy. Z tęczową flagą w dupie, w wiadomościach w skórzanych chapsach, w Faktach i faktach po aktach w harnessie z wąsami jak Freddie Mercury. I choć wiesz że nie jest to kwestia wychowania, to jednak nie chcesz by rodzice dzieci, których wychowujesz dowiedzieli się, że masz syna, bo ich dzieci też mogłabyś pozamieniać z dobrych na drobne. Tylko nie mów nikomu. Wszystko powtórzone dwa do pięciu razy, powtórzone do skutku w odstępie czasowym, zaraz po tym jak mówi, że w ogóle o niej nie myślę.

To jest Marcin. Marcin jest twoim synem.

Reklamy

strumień

W taką pogodę nie wolno umierać. Ileż to się naczytałem o gnijących ciałach w zamkniętych mieszkaniach. O przeciekaniu przez materac, kanapę, przez sufit. Można by się położyć pod prysznicem, albo po prostu wyjść i nie wrócić. I tylko to piętro zbyt nisko, tylko ten sufit zbyt wysoko. Dźwięk nosi się w pionie. Uderzanie laską o podłogę, uderzanie laską o sufit. W sąsiednim mieszkaniu przez ścianę do pokoju słychać jak wtykam do kontaktu kabel od suszarki. Klik, klik. Za daleko jednak pod prysznic, pod brak wanny, a miska z wodą nie załatwi sprawy. Nie załatwi jej piekarnik, a zwłaszcza  nóż jej nie załatwi, bo noże są tępe i bolą przez skórę. A ja chciałbym, żeby nie bolało. Żeby w końcu nie bolało. Może poczekać. I tak nastąpi koniec świata. Tylko trzeba doczekać. Nie brać kredytów na mieszkanie, na życie, na czas. I tak wszystko.

Poza, flesz i ląduje fotka. Tylko czasem, w wiadomości, ktoś pyta czemu się nie uśmiechnę. Bateria w telefonie się rozładowuje, gdy czekam na windę. Potem widzę jak robi się widno, a ja jeszcze nie wyszedłem z tej imprezy. Miałem się pozbyć trzy godziny temu. Miałem w ogóle nie być. Podejdę kawałek do przodu, żeby było bliżej, wtedy dojazd będzie tańszy, wtedy będzie pod dom. I nawet metro nie jeździ i jest przeciwko. Ale jeszcze może coś się wydarzy. Może będzie. Taki piękny koniec świata. Kiedyś on mnie całował, a przecież od lat nie jesteśmy razem. Od lat on się dziwi, że jestem sam i nie mogę się znaleźć. Sobie kogoś.

Jak w dym

Stałem na stacji kolejowej, a z nieba lał się żar. Albo to ze mnie lał się żar, bo zmęczone i pełne napięcia po pracy fizycznej ciało uwalniało ciepło. Jeden z pierwszych tej wiosny ciepłych dni. Odchodząc na bok wyciągam paczkę papierosów. Do mężczyzny czekającego na ten sam pociąg podchodzi kobieta. Mimo temperatury ubrana w obszerną puchową kurtkę, z głową owiniętą szalem jak postać z kreskówki dla dzieci, gdy scenarzyści chcą przedstawić, że bohatera boli ząb. Na głowie ma kapelusz z rondem, który tak jak jej spódnica kiedyś musiał być chyba czarny, a teraz jest wyświecony i poszarzały od brudu. Słyszę rozmowę, choć w zasadzie monolog. Ja tu mam medalik i zawsze go ze sobą noszę. Pocieram palcami, modląc się do Matki. Czy wierzy Pan w ozdrowieńczą magiczną moc świętego medalika Najświętszej Maryi Panny. Poświęcił go sam papież. Ten nasz. Ten medalik jest najcudowniejsza rzeczą, jaka mi się w życiu przytrafiła. Mężczyzna odchrząkuje, może coś mówi. Kobieta stoi z nim jeszcze przez chwilę i nagle zauważa mnie. Podchodzi i pyta, czy mógłbym ją poczęstować papierosem. Nie. A może buszka? Tak odrobinę. Trochę. Tyle, żeby się zaciągnąć, sztachnąć. Zaraz oddam, jeden mach. Nie. Widzę jej brudne szare ręce z bardzo długimi brudnymi paznokciami. Rękawiczki bez palców, w komplecie chyba do zimowego stroju. Jestem zmęczony. Ręce mi omdlewają po ciężkiej pracy w ogrodzie, a nogi się trzęsą. I naprawdę nie marzyłem o niczym innym, jak o tym samotnym papierosie wypalanym na stacji kolejowej. Tak trochę zostawić, oddać, czy to ostatni? Kłamię. Tak. I błagalnie dodaję: proszę. A o cóż Pan może prosić mnie? Miałem naprawdę ciężki dzień, chciałbym zostać sam ze swoimi myślami więc proszę, żeby dała mi spokój, żeby odeszła. Ależ, nie chciałam Pana z miasta urazić. Mówię, że mnie nie uraziła, po prostu chciałbym zostać sam. I rozglądam się w obie strony w poszukiwaniu kosza na śmieci. Ona jeszcze raz wykonuje gest przystawiania dwóch palców do ust, jakby paliła. A może w geście jakiejś dziwnej modlitwy wzywała albo przeklinała mnie mocą magicznego, świętego medalika. Potem odchodzi na koniec peronu zauważając kolejnego człowieka, któremu mogłaby nieść dobrą nowinę.

[Sentymentki] Żółw

Mieszkaliśmy na osiedlu robotniczym, które zostało zbudowane koło zakładów produkujących anteny dla wojska. Kiedyś, przy wjeździe na teren zakładu była nawet budka wartownika i szlaban przez który przejeżdżały ciężarówki. Potem zakład upadał, dzielił się na pomniejsze firmy, aż w końcu jego hale zaczęły służyć jako magazyny. I nikt nie wie kiedy tak naprawdę działał dobrze, bo jako dziecko pamiętam jak ciągle się mówiło o początku końca. Kiedyś poszła plotka, że w tych magazynach przechowują nawet pampersy. Duże hale wypełnione pampersami i innymi produktami przywożonymi wielkimi TIRami. Ale to już było lata później.

To dogorywanie rozłożone w czasie sprawia, że pamięć mi zawodzi, bo nie wiem skąd i po co miałby tam jeździć autobus. Niedaleko budynku administracyjnego stawał autobus, który dowoził ludzi do stacji w naszym mieście, zamiast ich przywozić ze stacji do pracy. Kto więc miałby nim jeździć? Przecież osiedle, które powstało, powstało dla pracowników. Autobus krążył i jego odjazdy i przyjazdy zawsze były niepewne. Rozkładu nigdy nie było. Wypatrywało się oczekujących na zaaranżowanym tymczasowym przystanku ludzi. Wypatrywało się świateł od drogi prowadzącej w głąb lasu, gdzie zdawał mi się ukryty zakład. Wojskowi wszystko budują ukryte w lesie. Finalnie rano dowoził za darmo dzieci do szkoły i paru dorosłych, skąd dokąd nie wiadomo. Trzeba było na niego zdążyć. Jeden kurs rano i jeden w późnych porach popołudniowych. Mijał szkołę i jechał w kierunku stacji kolejowej. Wracać nim jednak nigdy się nie udało i trzeba było chodzić pieszo do domu.

Któregoś dnia, gdy z siostrą siedzieliśmy już w tym małym, od nowości rozklekotanym busiku, zdałem sobie sprawę, że nie mam ze sobą tornistra. Wyszedłem z domu bez niego i radośnie podskakując hop-sa-sa szedłem wolny do szkoły. I nie zwróciła na to uwagi moja mama, nie zwróciła na to uwagi siostra. Dopiero w środku autobusu pełnym ludzi uświadomiłem sobie, że jest mi zbyt lekko, że czegoś mi brakuje i bez problemu mogę się oprzeć plecami o siedzenie. STOP. Panie kierowco, bo tornister, duży fioletowy tornister z psem Pluto został w domu, a ja jadę do szkoły. To tutaj zaraz, trzy bloki dalej. Pan poczeka, pan nie odjeżdża, ja zaraz wrócę, bo potem nie będę miał jak dojechać do szkoły, bo potem będę musiał iść pieszo i nie zdążę, choć jest jeszcze czas. Tu jest siostra, ona poświadczy, ona zostanie, żeby była pewność, że wrócę. Będę biegł. I biegłem. Biegłem ile sił w małych nóżkach. Jeden zakręt, drugi, przez trawnik, przez alejkę, na trzecie piętro, drzwi, klucz, tornister, klucz i droga powrotna. A może bez klucza, bo mama była jeszcze w domu, z ręcznikiem na głowie, zdziwiona, co tu robię? I miałem zadyszkę i paliło mnie zapewne w płucach, bo drogę trzeba było pokonać raz jeszcze. Autobus stał i czekał, ludzie w autobusie czekali coraz bardziej poirytowani. Bo dzieci do szkoły, bo dorośli skąd dokąd nie wiadomo, na pewno na czas, na godzinę umówieni. I zdyszany wpadam i zdyszany jadę. I słyszę tylko za sobą: co tak wolno, co tak długo? Tak długo, jak żółw, w żółwim tempie. Czy jestem może żółwiem? Zżymał się jakiś niewiele starszy ode mnie chłopak, jakiś zbój i rozrabiaka. I zdawało mi się, że powietrze zafalowało, słowa przeniknęły autobus i okrążyły osiedle, okrążyły szkołę, boisko, plac zabaw. I jeszcze nie zdążyłem wysiąść z autobusu już byłem żółwiem. Żółwikiem. Żółwik to, żółwik tamto. Żuuuułwwiuuuu. Wołano za mną wszędzie, bynajmniej nie w pieszczotliwy sposób. Wcale nie ze współczuciem. Oj nie z politowaniem, że słodki żółwik zapomniał tornistra, zapomniał swojej skorupki. Znęcano się i wyśmiewano. Atakowano, często fizycznie. Potem ktoś, nie wiadomo skąd mu się to wzięło, rzucił jeszcze że rzadki. Rzadki żółw. Rzadki żółw. Rzadki jak kasza na śniadanie, czy może niespotykany? Zawsze jednak kojarzyło mi się to negatywnie, gdzie rzadki równał się rozlazły. Potem były jeszcze inne przezwiska, inne wyzwiska, okrzyki, ataki. Jak psa. Od psa, którego jako dzieci nazwaliśmy Bej – wołano bej-gej, od specyficznych oczu nazywano Gumisiem. I zawsze wmawiałem sobie, że jest jakieś potem, w którym nikt nie będzie tego pamiętał. Jakieś jutro, w którym wszyscy zapomną, w którym będę z imienia i nazwiska. Według listy, według numerka. Panie Marcinie, zapraszamy.

Dalej jednak istnieje osiedle z wielkiej płyty, dalej stoją magazyny zakładu, w których nie wiadomo co jest przechowywane. I chyba ten autobus dalej jeździ. A może już nie, bo na osiedle dojeżdża miejski autobus. I dalej, od czasu do czasu, gdy wracam do domu, do mamy, częstują mnie tym przezwiskiem. Uderzają nim we mnie wszyscy niewiele starsi, niewiele młodsi ode mnie dorośli, którzy już mają własne dzieci. Dzieci, które wożą szkolne podręczniki tornistrami na kółkach. Dalej jestem żółwiem, żółwikiem, rzadkim okazem.

[Sentymentki] Klucz

Aksamitna aksamitka kojarzy mi się z wąską wstążeczką wiązaną w kokardkę pod szyją. Miałem takie dwie, czarną i zieloną jak te materiały, którymi przykrywano w szkołach na ważnych posiedzeniach, akademiach i egzaminach. Strasznie nie lubiłem tych wstążeczek i uważałem, że są lamerskie, choć wtedy się tak chyba jeszcze nie mówiło. Mama mi wiązała je na szyi, gdy zakładałem koszulę z okazji ważnych okazji. Potem, pamiętam, ta zielona służyła za tasiemkę do klucza, który nosiłem na szyi, podczas zabaw na podwórku, a do domu wracałem przed przyjściem mamy.

Kiedyś wujek przyjechał po nas samochodem. Nie pamiętam, czy mama była już gotowa pod blokiem, a my mieliśmy tylko dołączyć czy może jechać po nią do pracy, albo wręcz była już w samochodzie. Wybieraliśmy się wszyscy razem do sklepu, żeby kupić telefon stacjonarny z opcją sekretarki albo to było wtedy, gdy jechaliśmy po pierwszą mikrofalówkę. I w drodze, albo już w sklepie, zorientowałem się, że nie mam ze sobą klucza od domu. Że nie ma aksamitnego sznurka na końcu którego ze wszelkim prawdopodobieństwem powinien był wisieć klucz. Amba fatima, było i nima. Ileż było stresu, ileż było gadania. A droga już przecież pokonana i nie ma jak wrócić, wrócić się nie opłaca, bo przecież jedziemy do sklepu kupić czajnik elektryczny albo inną elektroniczną rzecz, w wyborze której miał pomagać wujek, który się przecież zna. A im bardziej szukałem aksamitki z kluczem, tym bardziej panikowałem, że jej nie ma, a moje poszukiwania stawały się coraz bardziej niezdarne. Bo jak zgubiłem, to trzeba poszukać, bo jak się nie znajdzie, to trzeba będzie wstawić nowe zamki. I od kiedy tak jest, że go właściwie nie ma? Czy dom został zamknięty? Czy może otwarty, a klucz zgubiłem wcześniej. I jak tu wybrać w sklepie ten odkurzacz, skoro nie ma klucza i wszyscy są zestresowani.

Udało się jednak dokonać zakupu i wracaliśmy z nowiutką, lśniącą mikrofalówką, wszyscy w stresie, co zastaniemy w domu, a raczej, czy kogoś tam nie zastaniemy, bo przecież włamy do pustych domów, od których dzieci zgubiły klucz, były na porządku dziennym. Zwłaszcza w okolicy Wołomina. Choć mama zawsze powtarzała, że mafia nigdy nie działa na swoim terenie. Jedna z firm od produkcji okien wyprodukowała nawet koszulki reklamowe z napisem „Mam przyjaciół w Wołominie”. I gdy tak targaliśmy ciężki sprzęt do domu, po schodach, na trzecie, stres narastał z każdym pokonywanym piętrem. A drzwi były zamknięte. Zamknięte na klamkę, nie zamknięte na klucz. Bo klucz mamy w zamku nie dał się przekręcić. Drzwi się uchyliły i wszystko stało tak, jak stało, i wszystko było na swoim miejscu. Wszystko poza moim kluczem na zielonej aksamitce, który zamiast wisieć na szyi, leżał na kanapie w pokoju siostry.

Później ten klucz faktycznie się zgubił, i to zupełnie na amen, i wtedy już trzeba było wymienić zamki. Wszyscy przecież wiedzieli, że mały złoty klucz na zielonej aksamitce był mój, był od naszego mieszkania.