[Sentymentki] Żółw

Mieszkaliśmy na osiedlu robotniczym, które zostało zbudowane koło zakładów produkujących anteny dla wojska. Kiedyś, przy wjeździe na teren zakładu była nawet budka wartownika i szlaban przez który przejeżdżały ciężarówki. Potem zakład upadał, dzielił się na pomniejsze firmy, aż w końcu jego hale zaczęły służyć jako magazyny. I nikt nie wie kiedy tak naprawdę działał dobrze, bo jako dziecko pamiętam jak ciągle się mówiło o początku końca. Kiedyś poszła plotka, że w tych magazynach przechowują nawet pampersy. Duże hale wypełnione pampersami i innymi produktami przywożonymi wielkimi TIRami. Ale to już było lata później.

To dogorywanie rozłożone w czasie sprawia, że pamięć mi zawodzi, bo nie wiem skąd i po co miałby tam jeździć autobus. Niedaleko budynku administracyjnego stawał autobus, który dowoził ludzi do stacji w naszym mieście, zamiast ich przywozić ze stacji do pracy. Kto więc miałby nim jeździć? Przecież osiedle, które powstało, powstało dla pracowników. Autobus krążył i jego odjazdy i przyjazdy zawsze były niepewne. Rozkładu nigdy nie było. Wypatrywało się oczekujących na zaaranżowanym tymczasowym przystanku ludzi. Wypatrywało się świateł od drogi prowadzącej w głąb lasu, gdzie zdawał mi się ukryty zakład. Wojskowi wszystko budują ukryte w lesie. Finalnie rano dowoził za darmo dzieci do szkoły i paru dorosłych, skąd dokąd nie wiadomo. Trzeba było na niego zdążyć. Jeden kurs rano i jeden w późnych porach popołudniowych. Mijał szkołę i jechał w kierunku stacji kolejowej. Wracać nim jednak nigdy się nie udało i trzeba było chodzić pieszo do domu.

Któregoś dnia, gdy z siostrą siedzieliśmy już w tym małym, od nowości rozklekotanym busiku, zdałem sobie sprawę, że nie mam ze sobą tornistra. Wyszedłem z domu bez niego i radośnie podskakując hop-sa-sa szedłem wolny do szkoły. I nie zwróciła na to uwagi moja mama, nie zwróciła na to uwagi uwagi siostra. Dopiero w środku autobusu pełnym ludzi uświadomiłem sobie, że jest mi zbyt lekko, że czegoś mi brakuje i bez problemu mogę się oprzeć plecami o siedzenie. STOP. Panie kierowco, bo tornister, duży fioletowy tornister z psem Pluto został w domu, a ja jadę do szkoły. To tutaj zaraz, trzy bloki dalej. Pan poczeka, pan nie odjeżdża, ja zaraz wrócę, bo potem nie będę miał jak dojechać do szkoły, bo potem będę musiał iść pieszo i nie zdążę, choć jest jeszcze czas. Tu jest siostra, ona poświadczy, ona zostanie, żeby była pewność, że wrócę. Będę biegł. I biegłem. Biegłem ile sił w małych nóżkach. Jeden zakręt, drugi, przez trawnik, przez alejkę, na trzecie piętro, drzwi, klucz, tornister, klucz i droga powrotna. A może bez klucza, bo mama była jeszcze w domu, z ręcznikiem na głowie, zdziwiona, co tu robię? I miałem zadyszkę i paliło mnie zapewne w płucach, bo drogę trzeba było pokonać raz jeszcze. Autobus stał i czekał, ludzie w autobusie czekali coraz bardziej poirytowani. Bo dzieci do szkoły, bo dorośli skąd dokąd nie wiadomo, na pewno na czas, na godzinę umówieni. I zdyszany wpadam i zdyszany jadę. I słyszę tylko za sobą: co tak wolno, co tak długo? Tak długo, jak żółw, w żółwim tempie. Czy jestem może żółwiem? Zżymał się jakiś niewiele starszy ode mnie chłopak, jakiś zbój i rozrabiaka. I zdawało mi się, że powietrze zafalowało, słowa przeniknęły autobus i okrążyły osiedle, okrążyły szkołę, boisko, plac zabaw. I jeszcze nie zdążyłem wysiąść z autobusu już byłem żółwiem. Żółwikiem. Żółwik to, żółwik tamto. Żuuuułwwiuuuu. Wołano za mną wszędzie, bynajmniej nie w pieszczotliwy sposób. Wcale nie ze współczuciem. Oj nie z politowaniem, że słodki żółwik zapomniał tornistra, zapomniał swojej skorupki. Znęcano się i wyśmiewano. Atakowano, często fizycznie. Potem ktoś, nie wiadomo skąd mu się to wzięło, rzucił jeszcze że rzadki. Rzadki żółw. Rzadki żółw. Rzadki jak kasza na śniadanie, czy może niespotykany? Zawsze jednak kojarzyło mi się to negatywnie, gdzie rzadki równał się rozlazły. Potem były jeszcze inne przezwiska, inne wyzwiska, okrzyki, ataki. Jak psa. Od psa, którego jako dzieci nazwaliśmy Bej – wołano bej-gej, od specyficznych oczu nazywano Gumisiem. I zawsze wmawiałem sobie, że jest jakieś potem, w którym nikt nie będzie tego pamiętał. Jakieś jutro, w którym wszyscy zapomną, w którym będę z imienia i nazwiska. Według listy, według numerka. Panie Marcinie, zapraszamy.

Dalej jednak istnieje osiedle z wielkiej płyty, dalej stoją magazyny zakładu, w których nie wiadomo co jest przechowywane. I chyba ten autobus dalej jeździ. A może już nie, bo na osiedle dojeżdża miejski autobus. I dalej, od czasu do czasu, gdy wracam do domu, do mamy, częstują mnie tym przezwiskiem. Uderzają nim we mnie wszyscy niewiele starsi, niewiele młodsi ode mnie dorośli, którzy już mają własne dzieci. Dzieci, które wożą szkolne podręczniki tornistrami na kółkach. Dalej jestem żółwiem, żółwikiem, rzadkim okazem.

Reklamy

[Sentymentki] Aksamitka

Aksamitna aksamitka kojarzy mi się z wąską wstążeczką wiązaną w kokardkę pod szyją. Miałem takie dwie, czarną i zieloną jak te materiały, którymi przykrywano w szkołach na ważnych posiedzeniach, akademiach i egzaminach. Strasznie nie lubiłem tych wstążeczek i uważałem, że są lamerskie, choć wtedy się tak chyba jeszcze nie mówiło. Mama mi wiązała je na szyi, gdy zakładałem koszulę z okazji ważnych okazji. Potem, pamiętam, ta zielona służyła za tasiemkę do klucza, który nosiłem na szyi, podczas zabaw na podwórku, a do domu wracałem przed przyjściem mamy.

Kiedyś wujek przyjechał po nas samochodem. Nie pamiętam, czy mama była już gotowa pod blokiem, a my mieliśmy tylko dołączyć czy może jechać po nią do pracy, albo wręcz była już w samochodzie. Wybieraliśmy się wszyscy razem do sklepu, żeby kupić telefon stacjonarny z opcją sekretarki albo to było wtedy, gdy jechaliśmy po pierwszą mikrofalówkę. I w drodze, albo już w sklepie, zorientowałem się, że nie mam ze sobą klucza od domu. Że nie ma aksamitnego sznurka na końcu którego ze wszelkim prawdopodobieństwem powinien był wisieć klucz. Amba fatima, było i nima. Ileż było stresu, ileż było gadania. A droga już przecież pokonana i nie ma jak wrócić, wrócić się nie opłaca, bo przecież jedziemy do sklepu kupić czajnik elektryczny albo inną elektroniczną rzecz, w wyborze której miał pomagać wujek, który się przecież zna. A im bardziej szukałem aksamitki z kluczem, tym bardziej panikowałem, że jej nie ma, a moje poszukiwania stawały się coraz bardziej niezdarne. Bo jak zgubiłem, to trzeba poszukać, bo jak się nie znajdzie, to trzeba będzie wstawić nowe zamki. I od kiedy tak jest, że go właściwie nie ma? Czy dom został zamknięty? Czy może otwarty, a klucz zgubiłem wcześniej. I jak tu wybrać w sklepie ten odkurzacz, skoro nie ma klucza i wszyscy są zestresowani.

Udało się jednak dokonać zakupu i wracaliśmy z nowiutką, lśniącą mikrofalówką, wszyscy w stresie, co zastaniemy w domu, a raczej, czy kogoś tam nie zastaniemy, bo przecież włamy do pustych domów, od których dzieci zgubiły klucz, były na porządku dziennym. Zwłaszcza w okolicy Wołomina. Choć mama zawsze powtarzała, że mafia nigdy nie działa na swoim terenie. Jedna z firm od produkcji okien wyprodukowała nawet koszulki reklamowe z napisem „Mam przyjaciół w Wołominie”. I gdy tak targaliśmy ciężki sprzęt do domu, po schodach, na trzecie, stres narastał z każdym pokonywanym piętrem. A drzwi były zamknięte. Zamknięte na klamkę, nie zamknięte na klucz. Bo klucz mamy w zamku nie dał się przekręcić. Drzwi się uchyliły i wszystko stało tak, jak stało, i wszystko było na swoim miejscu. Wszystko poza moim kluczem na zielonej aksamitce, który zamiast wisieć na szyi, leżał na kanapie w pokoju siostry.

Później ten klucz faktycznie się zgubił, i to zupełnie na amen, i wtedy już trzeba było wymienić zamki. Wszyscy przecież wiedzieli, że mały złoty klucz na zielonej aksamitce był mój, był od naszego mieszkania.

Niobe

W ramach prezentu na własne urodziny daje mi swoje zdjęcie. Mówi, że w dniu urodzin dzieci, prezenty powinno dawać się ich matkom, ona więc daje prezent w dniu swoich urodzin. Jakby dziękowała za te swoje sześćdziesiąt lat, jakby dziękowała za te moje prawie skończone trzydzieści trzy. Z dedykacją, za te wszystkie, wspólnie spędzone, lata.

Pastelowa fotografia z półuśmiechem, którą boję się oprawić w ramki. Zrobić ołtarzyk ze zdjęcia i mimowolnie zerkać na niego za każdym razem gdy przechodzę przez pokój.

Jest tyle określeń na żony z nieżyjącymi mężami, mężów z nieżyjącymi żonami i dzieci bez rodziców. Nie ma jednak określenia na matki i ojców, którzy stracili swoje dzieci.

vide: które jego jest