Historia przemocy, której nie było

Już po skończeniu książki, ciągle siedzi ci w głowie, ty siedzisz w domu, lub właśnie leżysz na łóżku, cała reszta to już tylko figura stylistyczna, pozycja statyczna. Bo przecież leżałeś, czytałeś. I  myślisz, że to równie dobrze, czy też właśnie równie źle, mogło spotkać by ciebie.

Poznaję mężczyznę, który przychodzi do mnie, jak wielu przed nim przychodziło i wielu po nich pewnie przyjdzie. Choć mam nadzieję, że nie. Przyjdzie jeden i zostanie. Nie znam ich. Bo cóż znaczy tych kilka wymienionych wiadomości, zdjęć, lub kurtuazyjne spotkanie w przelocie, skoro właśnie o przelot tu chodzi. Przecież mógłby zacząć dusić, mógłby cię zmusić. Pamiętaj, jak chcesz bawić się w wiązanie, nigdy nie rób tego u siebie w domu. Nigdy tego nie rób z kimś obcym. Tak naprawdę wystarczyłoby jedno silniejsze uderzenie i tracisz przytomność. I tracisz przytomność, bo ma takie ładne oczy i uśmiech. Nie boisz się, że coś ci się stanie? Bo cóż mogłoby mi się stać. A potem bach. A potem wyniesie, telefon, aparat, laptop i ciebie. Bo przecież nie zostaniesz. Stracisz coś bezpowrotnie. Na przykład siebie.

Czytając książkę tak bardzo cię boli. Dajesz się jednak porwać opowieści, historii, która mogłaby być twoją historią przemocy. Styl, język, faktura tekstu. Te wszystkie cudzysłowy, kursywy wtrąceń, komentarze z offu, rekonstrukcje. Hipnoza i prawda zależna i niezależna. Gdy dopisuję w sobie kolejne wersje. Historii opowiedzianej przez siostrę narratora. Historii opowiedzianej policji, w szpitalu. Relacji zdanej znajomym. Znanej tylko sobie. Tylko mnie. Wszystko narasta, nawarstwia się i pęcznieje od słów.

Siedzę jednak w domu, bezpieczny, jak tylko można czuć się bezpiecznie w domu. Właśnie ktoś wyszedł. A miałeś nadzieję, na więcej. Nic nie dostałeś, a zabrano ci wszystko. I już narasta to poczucie zagrożenia, bo właśnie skończyłeś książkę. Zostałeś sam.

Édouard Louis – Historia przemocy
Tłumaczenie: Joanna Polachowska
Wydawnictwo Pauza, 2018

Reklamy

Ex libris

Mówi, że to już chyba dorosłość, dojrzałość, tak o tym myśleć. Nie gromadzić już książek dla samego mienia. Nagromadzania. Kupować, dostawać i odkładać na uświęcone kiedyś, na wieczne nie przeczytanie. Bo przecież potem nie będzie, potem zabraknie. Nakład wyczerpany, allegro plus tysiąc procent do ceny zakupu.

Trzeba wyłuskać te ważne. Do których się wraca, z autografami, dedykacjami, wspomnieniami wiążącymi. Potrzebne do pracy. Pozbyć się serii, z których może dwie pozycje mają znaczenie. Zamienić je na ładniejsze wydania. Odsprzedać metry książek, tych do przeczytania na raz. Bo przecież ciągle brakuje miejsca na kolejne, na nowe ważne, dostane, kupione, zadedykowane. W niektórych wpisu nie ma żadnego, pamiętam jednak od kogo, choć jego już dzisiaj nie ma. Została książka. Memento.

Odkryć te zapomniane, zakurzone. Ściśnięte między innymi. Bo one są na półce, jak Dżuma Camusa, którą znów chciałem kupić. A przecież jest w którejś tam serii, choć czytać się jej nie da. Druk zbyt mały, zbyt ciasny, a wydanie żadne. Numery serii muszą się zgadzać, kolekcja niepełna.

Zostawić kilka istotnych tomów wierszy, książki ukochane, autorów ulubionych, tych do których wracam, lub przeczytam i wracać będę, bo jeszcze do nich nawet nie zajrzałem. Klasyka rosyjska, biografie za grube na wożenie w tramwaju, opasłe zbiory druków prawie wszystkich, dzienniki, listy i monografie. Po raz kolejny obejrzeć albumy, zaznaczane fiszkami fragmenty.

Mieć księgozbiór, bibliotekę z prawdziwego zdarzenia. Moje półki są pełne, twoje jeszcze puste, bo i ciebie nie ma, żeby wypełnić tę perspektywę z miejscem na książki. Mieszkanie też pojedyncze, na jedną osobę. Więc przeprowadzić tego wszystkiego przecież nie dam rady. Półki się uginają, strop jeszcze jest prosty.

Tymczasem dokupuję kolejne i przestrzeń zapełniam. Rekompensuje to miejsce, czas i brak celu. Bo to akurat najbardziej doskwiera.

Dlaczego nie.

Kompulsywnie oglądam serial, w którym główna bohaterka popełniła samobójstwo.
Oglądam drugi sezon serialu, w którym główna bohaterka popełniła samobójstwo. Ileż można nakręcić o tym odcinków?
Choć to tak naprawdę jest o tych, którzy nie popełnili samobójstwa, albo im się nie udało.
Słownik podkreśla mi słowo kompulsywnie.
I o tym, jak bardzo chujowi potrafią być ludzie.
Serial o tym, jak sam byłem wyzywany, opluwany i bity. A w łazience ukradkiem zmywałem plwocinę ze skórzanej kurtki, którą do dziś noszę, z bluzy, z koszulki, z plecaka. Plecaka, który ktoś spryskał czymś strasznie śmierdzącym i do którego przylepiano kartki, z niczym, co nie byłoby prawdą, a jednak bolało. Tak jak te uderzenia od niechcenia.
Serial, w którym pada określenie, że potem jest lepiej, a liceum kiedyś się skończy, że to wszystko się kiedyś skończy. Choć nie pamiętam dokładnego cytatu, a to tutaj brzmi bardziej dramatycznie. Choć nie pamiętam, żeby coś się zmieniło. Odcinek piąty: wstaję rano.

częstotliwość

Gdy już nie trzeba się martwić o pracę, płacę i za co kupić codzienne jedzenie. Życia ma się aż nadto i można się martwić o siebie. Można się martwić o wiersze. Światło ciemnieje, aparat nie słucha. Ściana mieszkania wciąż głucha. Coś charczy, rzęzi i dusi co rano. A przecież nic w środku nie stuka. Nikogo nie ma i nikt do mnie nie puka. Łóżko też puste. Przed snem bardziej milczy i zdradza się sobą.

Ku.

Małe miasto, z tych małych, daleko od miast innych, z tych dużych. Gdzie kościół, deptak i rynek. W zasadzie brak rynku, deptak i kościół. W centrum miasta jest parking, z tych dużych parkingów rzecz jasna. Gdzie całe miasto parkuje, przy braku sklepu, deptaku, kościele. W głębi parę uliczek, osiedla, banki i parki.

Tu, na tym parkingu, przy braku innych miejsc chyba, między samochodami, tańczy młodzież i pije. Z aut rzęzi muzyka. I nie wiem czy śmiać się, czy dziwić. W końcu jest wielka płyta, jest światło reflektora i głośno gra tam muzyka. A one tańczą, do ich stania, oni piją i w staniu też tańczą. Piątek wieczór – więc skąd to zdziwienie?

W mieście też gdzieś był cmentarz, na cmentarzu nie byłem. Bo jego jakby nie było. Dziś też tam się pije, tylko, że tańsze już trunki. I psy tam chodzą załatwiać zgoła inne potrzeby. Wszystko zarosło, zastało, żeby nie pisać inaczej. Nagrobków też już tam nie ma, choć w ziemi dalej coś gnije. I nikt już nie wie, czy kamień to resztka, czy zwykły kamień, po prostu, co leży.

Z tych macew nagrobnych co stały, zostały złupane kamienie. Komuś potrzebne były – budulec wszak wdzięczny i trwały. Potem, mówię gdzie stałem: kościół, deptak i rynek. Parking, samochód i taniec. Opowiada wtedy, że kiedyś, gdy budowano ten parking, wzięto kamienie z cmentarza i wmurowano tam w murek. Bo parking jest jakby wkopany. Otoczony kamieniem i ziemią. I ziemia się nie osypuje, bo ją trzymają kamienie.

Tango (dramat)

Patrzysz na siebie, patrzysz w lustro. Patrzysz na siebie w lustrze. Wydaje się, że się nic nie zmienia i czas cię nie dotyczy. Choć naturalnie widzę brodę, skóra już nie ma młodzieńczego blasku i świeżości, a pod oczami widać zmęczenie lat. Rysy twarzy pozornie te same, te same opadnięte powieki pod którymi oczy te same, choć jakby smutniejsze. Ślady tuszu  na ciele, z którymi się nie urodziłeś. Z początku wydajesz się sobie obcy, z dnia na dzień jednak się przyzwyczajam.

Wydaje się, że dziesięć lat temu były lata dziewięćdziesiąte, w zeszłym roku zrobiłeś maturę, dalej jesteś młody i dobrze zapowiadający się, a świat stoi przed tobą otworem, bynajmniej nie tylnej części ciała. I mimo upływu lat wydaje się, że już coś zdobyłeś, dokądś dotarłeś, jesteś kimś, kim zawsze chciałeś być, jak zawsze chciałeś żyć. Ale nie jestem.

Nie wierzysz w siebie. W każdym razie nie tak do końca. Bo wstajesz jednak codziennie rano i podejmujesz działania mające na celu działanie i funkcjonowanie w społeczeństwie jako biedny pracujący. Staram się za to mieć chociażby życie wewnętrzne i pozór spełnienia artystycznego. Jakieś życie.

Stwarzasz pozory. Thx, fine, and you? I’m not. Opowiadasz głupie anegdoty, żarty i starasz się brylować w towarzystwie szerokim gestem, bojąc się, że tak naprawdę nie masz nic do powiedzenia i na światło dziennie wyjdzie twoja ignorancja i od dawna skrywany fakt, że nie jesteś tak mądry jakbyś sam siebie uważał.

A chłopiec, którym byłeś, nie chciałby poznać mężczyzny którym się stałem. Jednym z tych przed którymi ostrzegają nas mamy. Zachowujesz się jak ostatnie zwierzę, które nie umie powstrzymać własnych popędów, a w nocy tak naprawdę marzysz o tym, żeby być kochanym. Tłumaczysz się przed sobą, że wszyscy chcieli by zrobić, to co ty, tylko nikt nie ma odwagi. Nie o taką odwagę jednak walczyłem.

Wspominając, kiedyś wyobrażałeś sobie jakim będziesz mężczyzną. Jakie wartości będziesz sobą reprezentował, jak się zachowywał i co będzie dla ciebie ważne w życiu. Temat pracy zaliczeniowej: Na przykładzie dramatu „Tango” Sławomira Mrożka odpowiedz, czy jesteś za tradycyjnym modelem małżeństwa, czy za takim o daleko posuniętej tolerancji.

Wstydzisz się.
Ja.

SHAPS

Lektura jest lekturą, film filmem, muzyka muzyką, obraz obrazem, a słowo wcale nie staje się ciałem, które miałoby przyjść do mnie w chwilach gdy nie jestem w stanie nawet czytać, oglądać i słuchać.

Więcej. To jest kwestia braków uniesień i zachwytów. Rozróżnienie pomiędzy odczuwaniem przyjemności teraz, a umiejętnością wyciągnięcia z niej czegoś na czas dłuższy, niż tylko w chwili doświadczania. Tu: bez uzależnienia od wydzielanej endorfiny i filmów tylko dla dorosłych.

I nic mi nie urwało i nic mi nie wyrosło w związku z tym.