Tydelii podróż dookokła pokoju

Listy z Tydelii – „293825989466396000000000000000000000000000000000000 000000000000000000000000”

Od lat nie robimy nic innego, tylko opisujemy pomieszczenia, w których przebywamy, a więc: okna, drzwi, ściany, podłogi, sufity. Nawet kiedy przebywamy na zewnątrz jednych pomieszczeń, opisujemy inne, w których przebywamy; a więc świat i wszystko związane ze światem.  Nie potrafimy robić nic innego, tylko opisywać mniejsze/większe pomieszczenia. Jesteśmy ograniczeni do pomieszczeń.

Listy z Tydelii – „4754204377346980000000000000000000000000000000000000 00000000000000000000000”

A przemieszczenia? Od lat nie robimy nic innego, tylko opisujemy nasze przemieszczenia, a więc: tu, tam, szedł, szła, szły, szli, idę. Przemieszczamy się, i natychmiast zabieramy się za opisywanie naszych przemieszczeń. Jak nie pomieszczenia, no to przemieszczenia.  Nie stać nas na więcej.

Mieć

„Rzeczy, których nie wyrzuciłem” – Marcin Wicha
Karakter, 2017

Biblioteki są zapisami naszych czytelniczych porażek. Jak mało w nich książek, które naprawdę nam się podobały. Jeszcze mniej takich, które podobają nam się przy kolejnej lekturze. Większość to pamiątki po ludziach, którymi chcieliśmy być. Których udawaliśmy. Których braliśmy za siebie.

Anatomia kury

Po weekendzie, jednym z tych  spędzonych nie zawsze tak jakby się chciało, wróciłem do domu. Wszystko wyglądało jak zwykle. Naczynia nadal były niepozmywane, łóżko niezaścielone, a pranie nieposkładane wisiało na suszarce. Jedyne, co byłem w stanie zrobić to machnąć kołdrą tak, żeby ustawić komputer i móc się umościć w domowym barłogu.

Po dniach niepalenia, niespania, nierozmawiania i bycia nie sobą, na potrzeby odwiedzin u dziadków, na potrzeby zachowania pozorów i pozorowania potrzeb, chciałem pobyć choć przez chwilę. Choćby paląc, będąc, milcząc do siebie, lub zmieniając pozycję leżenia z lewego boku na prawy, z półsiadu leżącego na siad leżący prosty, zasypiając wtulonym w poduszkę, bo przecież nie mam do kogo nie rozmawiać.

Wyszedłem jednak na balkon. Tam się zieleniło, mokrzyło. Paliło, strząsając popiół za barierkę i gasząc papierosa w skrzynce na kwiaty wypełnionej tylko ziemią. W skrzynce jednak poza ziemią leżała obcięta kurza łapa. Przybrudzona ziemią, lekko zaschniętą krwią, obcięta kurza łapa. Pewnie wygrzebana ze śmietnika przez jakąś srokę, wronę lub innego ptaka i przyniesiona w ramach zdobyczy. Odłożona na później. Łapa obcięta, lub będąca pozostałością po rozszarpaniu przez jakiegoś bezpańskiego psa. Makabryczny widok, a jednak tak spokojny i cichy. Zapaliłem papierosa. W ustach jednak czułem niesmak i obrzydzenie mieszające się z fascynacją człowieka, który przecież wcześniej widywał kury, koguty i kaczki.

Dziadkowie kiedyś hodowali kury. Pamiętam skrzynkę z małymi żółtymi kurczaczkami dogrzewanymi lampką. To, jak podbierałem jajka z kurnika i jak kury najadły się sfermentowanych wiśni z kompotu i pijane chodziły koślawo do kurnika.

Wyciągnąłem telefon żeby zrobić zdjęcie. Kuriozum kurzej łapki stojącej sobie w skrzynce na kwiaty. Przez dłuższy czas czułem się zdezorientowany i nawet nie wiedziałem, co zrobić. Wziąłem torebkę foliową i przez chwilę nawet myślałem, żeby zawinąć znalezisko i wyrzucić je do kosza. Szybko jednak obrzydzony odrzuciłem kurzą łapkę za balkon starając się celować w krzaki. Jakbym chciał ukryć ciało, jakbym się wstydził.

Koń

„Berlin Alexanderplatz: dzieje Franciszka Biberkopfa” wg. powieści Alfreda Döblina

[ministerial ; scen., reż.:  Rainer Werner Fassbinder]
[spektakl Teatru Studio ; adaptacja i reż. Natalia Korczakowska, tłum. Izabela Czermakowa]

To tylko zły sen. Najpierw byłem koniem. Zwyczajnym koniem, ciągnącym wóz z warzywami na targ. Ale nie chcę być koniem. Nie chcę biegać po nocy, w zimnie. Wolę stać w stajni, gdzie jest ciepło. Potem nagle zauważyłem, że przemarzły mi palce u nóg. I zapragnąłem śmierci, ponieważ nie mogłem być w ciepłej stajni i ponieważ zmarzły mi stopy. I gdy zacząłem pragnąć śmierci, naprawdę umarłem. A kiedy zmarłem, nie odszedłem tak po prostu. Jestem ptakiem, siedzę na drzewie. I nagle widzę, jak wąż wpełza powoli po drzewie w moim kierunku. Chcę odlecieć, myślę sobie: „Jesteś ptakiem. Możesz odlecieć.” Ale nie mogę. Może i jestem ptakiem, ale nie mogę odlecieć. W ogóle nie mogę się ruszyć. Wąż podpełza bliżej i bliżej. A ja chcę… chcę uciec. Chcę odsunąć się jak najdalej stamtąd. Coraz bardziej jestem przerażony. Wąż zbliża się do mnie. Nagle jest tuż obok i kąsa mnie. I od chwili, gdy mnie ukąsił nie byłem już ptakiem. Byłem sobą, sobą, a wąż… był Reinholdem. Ale wciąż byłem kąsany. I potem zrozumiałem, że naprawdę muszę umrzeć. Wybacz, Cilly. To zbyt głupi sen, żeby cię przez niego budzić.

„Uczeń” – D. A. Powell
[tłum. Szymon Żuchowski, w: „Plamy z musu / How must might stain”]

Jak to się dzieje, że tak na mnie wpływasz:
z nieodłącznym garbem, w przekrzywionym kapeluszu,
obnosisz kluskowate wybrzuszenie na miednicy –
jakbyśmy mieli skupiać się na kolejnej rzeczy podczas
striptizu wszystkich twoich strof i twoich wersów –
ono wciąga mnie w twoje wnętrze jak nęcąca piwonia,
aż staję się ledwie mrówką, której dziwnym zadaniem
jest zbierać płyn perlący się w tobie; i nieść go ku światłu.

Chyba nigdy nie napisałem prawdziwego wiersza. Urywki
moich niegrzecznych snów, spiętrzone na biurku
całe popołudnie wyczekują mrocznego nadejścia Słowa.
Kiedy przyjdziesz, otwórz notes, i recytuj,
jestem tylko uczniem i mam oporny umysł ucznia.
Ty kierujesz szkołą. Więc musisz dać mi szkołę.