[Sentymentki] Kulka

Jak byliśmy mali to moja mama przyjaźniła się z ciocią Krysią, która była mamą Marty i Agatki. Marta była bardziej w wieku mojej siostry, a ja, mały gówniarz, z racji zbliżonego wieku spędzałem czas z jej młodszą siostrą i chyba młodszą ode mnie Agatką. To były jakieś imieniny, które wspólnie spędzaliśmy, albo inne spotkanie czarownic nauczycielek z pięcioma sałatkami, czterema ciastami i masą zakąsek na dużym stole. Zbieraliśmy wtedy takie szklane twory, które leżały dookoła podwórka, odpady ze huty szkła. Układały się w kształty niczym wielkie skamieliny. Niedorobione odciski muszli, odcinki rybich ogonów albo spodów od wazonów czy popielniczek. Większość białych, najcenniejsze jednak były zielone, lub te w kolorze majtkowego różu. Kilka dostaliśmy w prezencie, który i dziś przyjąłbym z radością jako przycisk do papieru, lub coś do niczego, ale przecież szalenie ważnego i istotnego.

Kiedyś pod ich blokiem mała Agatka rozwinęła biznes. Stwierdziła, że skoro dzieci potrzebują do szkoły, to ona będzie sprzedawać im kasztany. I wszyscy kupowali, dzieci, dorośli dla dzieci. Aż dowiedzieli się rodzice i taki był koniec intratnego biznesu. A przecież były plany na rozszerzenie asortymentu o żołędzie. Cen nie znam.

Innym razem oni byli u nas. Z tamtej imprezy chyba pochodzi zdjęcie, na którym siedzę u Marty na kolanach. Jeansy z kolorowym napisem wzdłuż uda, na stopach mam fioletowe skarpetki i pomarańczowe pluszowe kapciuszki z białym kotkiem. Kapcie, które moja babcia przysłała nam w jednej z niewielu paczek do nas. Przywiezione z Niemiec, z Holandii rzeczy, którymi się wtedy handlowało w przygranicznych sklepach. Stamtąd też było małe, drewniane, czerwono-białe pianinko, pierwsze lekkie kołdry (moja w samochody), pierwsze pościele z kory i olbrzymi kwadratowy fioletowo-żółty tornister z psem Pluto. Wtedy jeszcze tornister większy i szerszy ode mnie.

Pamiętam też, że miałem w plastikowej woreczkosiateczce szklane kulki z takim niby wyciskanym piórkiem w środku. Różne kolory, większość w jednym rozmiarze. W grze w kulki, choć nigdy mi one do tego nie służyły, jedna była zawsze większa, ze średnicą chyba 2,5-3 cm. Moja ulubiona. Pamiętam, że strasznie podobała się Marcie a ja, jak to dzieciuch, nie chciałem jej oddać. Ot choćby w ramach odwdzięczenia się za szklane skamieliny. Poszedłem się bawić, a jak wróciłem to kulki nie było. Moja siostra i Marta powiedziały, że któraś z nich, jak poszła do toalety, to jej ta kulka tam wpadła do sedesu i nie da się jej już wyciągnąć, bo woda została spuszczona. Po latach dowiedziałem się, że uknuły razem plan. Moja siostra dała Marcie kulkę, a mnie skłamały. Dziś się z tego śmieję jak to wspominamy, ale wtedy byłem smutny przez… eee… 10 minut chyba, bo potem zapomniałem. Co wcale nie umniejsza tragedii zaginięcia szklanej kulki.

Reklamy

[Sentymentki] Kasza – matka nasza

Mama miała koleżankę, która pracowała z nią w jednym przedszkolu. Tak jak wszystkie dzieciaki nazywaliśmy ją ciocią. Dużo mieliśmy takich cioć, które pamiętamy z siostrą z przedszkola, a potem zostawały w naszym życiu, bo były zaprzyjaźnione z mamą. Ciocia Ela była wychowawczynią siostry, a potem stała się naszą prawdziwą przyszywaną ciocią. Lata później, gdy już byłem w liceum i miałem problemy z chemią, przychodziłem nawet do jej córki, która dawała mi korepetycje. To dzięki tym korepetycjom pierwszy raz słuchałem Georga Michaela. Do dziś pamiętam białą okładkę dwupłytowego albumu Ladies And Gentlemen The Best Of.

To było chyba w podstawówce, gdy razem z ciocią Elą i jej mężem Wackiem mieliśmy jechać wspólnie do jej mamy, która mieszkała w Czersku. Po drodze zatrzymywaliśmy się nad jakąś rzeczką i moczyliśmy w niej nogi. Potem mieliśmy oglądać ruiny zamku i jechać do tej mamy na obiad. Wcześniej w prezencie kupiliśmy bombonierkę. Przed wyjazdem, w napadzie słodyczowego łakomstwa, otworzyliśmy razem z siostrą pudełko, żeby zjeść kilka czekoladek. Nie wiedzieliśmy, że mają być prezentem. Gdy to wyszło na jaw, mama zaczęła robić śledztwo o to kto odwinął z folii czekoladki i je zjadł. I pamiętam, że razem jedliśmy te czekoladki, ale to moja siostra była tą, która je napoczęła, potem się chyba ze mną dzieląc, tego już nie wiem. Wiem, że żeby skrócić krzyki mamy, sam się przyznałem do otwarcia pudełka. I chyba nic się wtedy nie stało. Trzeba było po drodze kupić nowe, a może wystarczyły same kwiatki. I wiem, że moja siostra nie mogła zrozumieć, dlaczego się przyznałem mimo tego, że nie byłem winny.

Wiem, że na pewno zwiedzaliśmy ten zamek, choć już samego zwiedzania nie pamiętam. Pamiętam za to ten obiad u mamy cioci Eli i moje rozczarowanie. Rozczarowanie jedzeniem, które dziś pewnie nazwałbym pysznym i łyżka by mi nie drgnęła. Ale wtedy poczułem zawód, bo zupa pomidorowa nie była taka, jaką robiła mama czy babcia. Pomarańczowy płyn z kleksem gęstej śmietany i z ryżem ugotowanym oddzielnie, który już zimny kawalił się w zupie. Zupełnie odwrotnie niż u mamy, która ryżem zasypuje zupę podczas gotowania. Większe rozczarowanie przeżyłem przy drugim daniu, bo wydaje mi się, że było drugie danie. Gołąbki z samą kaszą gryczaną, za którą do dziś nie przepadam. Wiem, że gołąbki robi się różnie. Niektórzy robią z kaszą gryczaną i z mięsem, inni z samą kaszą, albo z mięsem i ryżem. Babcia robi gołąbki z samym mięsem. Mięciutkie rozpływające się w ustach mięso o posmaku kapusty. I ta kasza gryczana to było dla mnie za dużo. Nic jednak nie powiedziałem, bo czemu miałbym. Rozczarowanie jednak zostało, bo już nawet nie pamiętam tej rzeczki i malutkich rybek w niej pływających, nie pamiętam zwiedzania zamku, tylko ten kawalący się ryż i kasza w gołąbkach.

[Sentymentki] Dziewczynki

Pamiętam, że zawsze nazywaliśmy je dziewczynkami. Córki siostry mojej babci. Moja babcia ma dwie siostry, wszystkie z moją babcią mieszkają w tej samej wsi. Jedna mieszka przez płot, a druga koło stacji kolejowej. Najmłodsza z sióstr ma dwie córki: Agnieszkę i Martę. Poprawnie powinniśmy nazywać je ciociami i czasem zresztą w żartach tak mówimy. Były jednak niewiele starsze od nas, choć na drzewie genealogicznym nie ten poziom.

Jeżdżąc na wakacje i ferie do dziadków, zawsze po drodze ze stacji kolejowej, wstępowaliśmy do dziewczynek zapraszając je na następny dzień do nas, albo najlepiej jeszcze dziś. Wtedy żył ich tato, a mój ojciec chrzestny, który jak tylko był w domu to podwoził nas swoim czerwonym fiatem. My odwiedzaliśmy dziewczynki, dziewczynki odwiedzały nas. Czasem bawiliśmy się w szkołę. Agnieszka jako najstarsza i najmądrzejsza zawsze była nauczycielką. Do dziś pamiętam, jak kazała nam rysować klucze wiolinowe, albo mapę Polski, a my wtedy chyba nawet nie bardzo wiedzieliśmy co to jest ta Polska, a zwłaszcza już jak ona wygląda. Był wakacje, że przyjechały do nas, pod Warszawę, na parę dni. Byliśmy już starsi i zabawy były doroślejsze, co nie znaczy, że mniej głupie. One trochę razem z moją siostra flirtowały z okolicznymi chłopakami, a ja przyglądałem się temu chyba z zazdrością. Siadały na oparciach ławek. Jednego razu ławka fiknęła do tyłu i wszyscy śmiejąc się leżeli na ziemi.

W domu jest dużo takich opowieści. Jak płynęliśmy, chyba z nimi, statkiem po Wiśle i pomiędzy śrubę, a coś tam dostał się kamień. Statek stanął pod mostem Syreny i ani huhu dalej. Wszyscy byli podenerwowani. Nie było telefonów komórkowych, a z jakiegoś powodu radiostacja nie działała. Bo musiała tam być przecież jakaś radiostacja. Wydawaliśmy się odcięci od świata. I ktoś krzykną do kogoś na brzegu, było dużo niesłyszenia się i dużo machania rękoma. I przyjechała policjańska motorówka i po kilka osób na raz zwoziła nas na brzeg. Opowiada się też, że Marta kiedyś stanęła na plastikowe dziecięce grabki i miała dziurę w stopie. Albo jak Agnieszka wracała zapłakana ze szkoły do domu, bo dostała czwórkę plus, czy piątkę mniej i to była dla niej, prymuski, życiowa tragedia. Ja pamiętam, że wetknąłem sobie kawałek jabłka do nosa i trzeba było wyciągać szydełkiem, albo długą szpilką.

Najśmieszniejsza i najdramatyczniejsza z tych historii to było wtedy, jak dziewczynki przyjechały do nas i bawiliśmy się na podwórku. Ktoś grał w piłkę, ktoś kogoś podrywał, choć wtedy tego tak byśmy nie nazwali. Agnieszka oparła się o rower oparty tylko na nóżce. Piłka poleciała, a może ona sama poleciała i rower z Agnieszką leżeli na ziemi. I była krew. Agnieszka miała bardzo odrapane kolano, starte, rozcięte, albo coś gorszego. Każdemu z nas wydawało się, że spomiędzy hektolitrów krwi widzimy coś białego. Mówiliśmy, że to flaki, że to kość, że fragment czegoś, co na pewno wypadnie. I we trójkę zrobiliśmy koszyczek z rąk, na którym Agnieszka usiadła. Wnosiliśmy ją po schodach na trzecie piętro, strasząc po drodze, że przez dziurę w kolanie na pewno ucieknie jej dusza, że wda się zakażenie, ale to nic, bo mama ma na pewno wodę utlenioną.

Dziewczynki dalej są dziewczynkami, choć już tak nie mówimy. Mają po dzieści lat i mieszkają w swoich domach. I do dziś wspominamy tę grabki, te dziurę w kolanie, ten płacz z powodu oceny, albo jak statek stanął na środku Wisły. Dla mnie najbardziej ekscytujące chyba były ta podróż policjańską motorówką i niepodrywanie chłopaków.

 

[Sentymentki] Lanie

Jak byliśmy mali, choć już chyba starsi, tylko to było dawno temu, mama postanowiła, że zrobi studia podyplomowe z polonistyki, które pozwoliłyby jej na awans w pracy, żeby uczyć starsze dzieci, a nie tylko przedszkolaki. Zaocznie, raz na dwa tygodnie, zostawaliśmy z siostrą sami w domu. Mieliśmy wtedy posprzątać całe mieszkanie ze szczególnym uwzględnieniem kuchni i łazienki, odrobić lekcje i się nie pozabijać. Istotnym było odkurzanie i kurzy wycieranie – bez udawania. Siostra wtedy gotowała nam obiad na dwa dni, więc musiała już być starsza, nie tylko ode mnie, by móc używać kuchenki gazowej. Ona gotowała i twierdziła, że ja po tym muszę pozmywać w ramach podziału ról, w ramach sprawiedliwości. Zawsze gotowała spaghetti, czyli chyba jedyną rzecz, którą wtedy potrafiła. O coś się pokłóciliśmy, albo o to zmywanie, albo o to sprzątanie. Było ostro, bo pamiętam, że uderzyła mnie w złości parokrotnie skórzanym paskiem przez plecy. Miałem czerwone pręgi i strasznie płakałem i groziłem, że wszystko powiem mamie. Błagała mnie wtedy, żebym nic nie mówił i ona wszystko posprząta, wszystko pozmywa. Wzięła metalową miskę, do której nalała zimnej wody. Moczyła kuchenną ścierkę i robiła mi zimne okłady na te plecy, żeby nie było widać czerwonych śladów po uderzeniach. To był tylko raz, trzy uderzenia, a może czwarte, piąte, nie trafiło już w plecy, a prześlizgnęło się po pośladkach. Nie wiem skąd jej się to wzięło i jak wpadła na skuteczność tego pomysłu. Ja leżałem i płakałem, potem już bardziej udawałem, żeby wzbudzić w niej poczucie winy i nie musieć sprzątać. Żeby móc ją szantażować. Zamiast odkurzania, dokładnie zamiataliśmy piasek w przedpokoju, ale sumiennie myliśmy lustro, żeby było wrażenie czystości i świeżości. Mama wracała wieczorem i odgrzewała sobie obiad. Raz pamiętam przywiozła nam pączki z Dunkin’ Donuts. Sama firma od pączków z powodu nierentowności wycofała się ze sprzedaży na terenie Polski, potem znów wróciła, a potem znów się wycofała. Przez resztę weekendów, gdy mama jeździła na uczelnie i tak ja musiałem wszystko zmywać, nie mieliśmy jeszcze zmywarki, a miski i patelnie po spaghetti są zawsze najgorsze, najtłustsze.

[Sentymentki] Savoir-vivre

Kiedyś, w naszej wąskiej wagonowej kuchni, stał stół. Zwykły kuchenny stół z blatem plastikoforniropodobnym. Nie było jeszcze wtedy mody na blaty z laminatu i kuchnie na wymiar. Jako dzieci, małe, mieszczące się w kuchni, nawet jadaliśmy przy tym stole. Pamiętam, że stała na nim ręczna krajalnica do chleba, że kiedyś nad tym stołem, na którym była rozłożona gazeta, mama wyczesywała mi gnidy z włosów, takim małym niebieskim grzebykiem z gęsto rozłożonymi ząbkami. Przy tym stole lepiłem maski na plastykę. Darte drobno gazety, które przyklejało się do balonu klejem z mąki i wody. Czasem jedząc przy nim z siostra bawiliśmy się w wielkiego pana i wielką panią, z paluszkami odgiętymi przy piciu kakao i przesadnie akcentując “ą” “ę” niektóre słowa. Wydawało nam się to wielkopańskie. A na kubkach były namalowane scenki rodzajowe z postaciami w strojach stylizowanych na czasy Marii Antoniny. Jako leworęczny do dziś mam problemy ze stronami, a zupę lepiej je mi się lewą ręką. Któregoś razu, siostra przy tym stole tłumaczyła mi, że źle trzymam nóż i widelec. Tymczasem po prosu odzwierciedlałem jej sposób trzymania sztućców i oskarżałem ją o kłamstwo. Wtedy wzdychała i nie wypuszczając noża i widelca z rąk, szła jak chirurg do operacji, żeby pokazać mi, że to, że siedzimy naprzeciw siebie to nie znaczy, że mogę papugować strony prawa-lewa, bo jak się to odwróci to będzie źle. I ja znów oskarżałem ją o kłamstwo, i że się ze mną droczy i na pewno zamienia sztućce w dłoniach, gdy przechodzi za mną. Wyginałem głowę do góry i do tyłu tylko po to, żeby móc ją przyłapać na tej podmiance. I gdy po raz kolejny wstawała od stołu, zaryła głową w szafkę, która nad nią wisiała. Spadł wtedy na nią duży pojemnik z mielonym pieprzem, a ja się śmiałem. Od razu był krzyk paniki, który przyciągnął mamę do kuchni. Moja siostra z pyłem przypominającym popiół we włosach, w pozie pokutnej i ja, nie wiedzący czy mam się śmiać dalej, czy już wyrazić zaniepokojenie. Czy już zapewniać, że to nie moja wina, że ja nic nie zrobiłem i samo spadło. Mama krzyczała, żeby nikt się nie ruszał i zamarliśmy z rękoma w górze, siostra z głową w dole i rękoma na twarzy, żeby osłonić oczy. W takiej pozie siostra poszła z mamą do łazienki, gdzie chyba ten cały pieprz został spłukany prysznicem. Nikomu już się nie chciało jeść i parówki wystygły.

Z maila do.

Tutaj gdzie mieszkam zbiera się dużo kurzu. Widywałem już takie ilości u znajomych, ale nigdy w wynajmowanych przeze mnie mieszkaniach. Kurzy się sporo na meblach, a zwłaszcza kurzy się między książkami. Najdziwniejsze są jednak dla mnie te kłaki, te koty, jak się je nazywa, które zbierają się na podłodze w rożnych dziwnych miejscach. Mają swoje plusy. Łatwo zebrać je razem palcami, lub wziąć szufelkę i zgarnąć zmiotką. Nie nazwałbym jednak tego sprzątaniem mieszkania, którego od dawna nie posprzątałem. W czerwony dywan z długim włosiem wbijają się duże śmietki jakiegoś kosmicznego pyłu, bo nie wiem skąd one mogą się brać. Niedawno zwinąłem i ten dywan, żeby łatwiej było zamiatać. Leżą stosy książek, tych dostanych, kupionych i pożyczonych już nie wiadomo po co i od kogo. Zapewne nieprzeczytanych, a przeznaczonych już do oddania, skrupulatnie wydzielonych z głównego księgozbioru. Z kuchni w zasadzie nie znika suszarka, skąd po wyschnięciu nie zbieram prania tylko wybieram ubrania bezpośrednio z niej, by potem mogły po użyciu wylądować znów w koszu z brudnymi rzeczami. Spodnie, których się nie pierze za każdym razem, czy bluzy, lądują wszystkie na krzesłach. W szafie wiszą puste wieszaki a i tak jest w niej brak miejsca i bałagan. Bałagan jest wszędzie. Wszędzie książki, papiery, pozostawione kubki, puste pudełka po papierosach i stosy czasopism. Pomiędzy tym wszystkim zbierający się kurz. Miliony pudełeczek, durnostojek, kurzozbieraczy, cotosiów i przydasiów, nad którymi jakby się zastanowić nie są mi do niczego potrzebne, bo nawet nie wyglądają. I jak pomyślę o tym pokoju, to owszem jest on przytulny, ale jest też w nim za dużo, za dużo jak na jednego człowieka. Naczyń nie zmywam, a jedynie wyciągam ze zlewu tłuste i brudne, by móc umyć pojedynczo w celu ponownego użycia. Przez co wszystko, co jest na dnie, rozwinęło się chyba już w oddzielną republikę noży, łyżek i widelców, które niedługo będą na etapie ogłoszenia niepodległości i ustanowienia własnej konstytucji. Pod zlewem śmieci się nie wynoszą, a przepoczwarzają się w kolejne formy życia. Potem często lądują w zawiązanym worku na balkonie, skąd znikną dopiero, gdy po raz kolejny się o nie potknę wychodząc na balkon żeby zapalić. W łazience jest nie lepiej, choć jest najlepiej. W kuchni też bywa lepiej, bo potrafię zmyć część naczyń dla pozoru, dla pozoru przetrzeć blat. Jeśli się przyjrzeć, to jest to wszystko tylko wierzchnia warstwa. Jak brudna łazienka, w której lustro jest myte dla pozoru porządku. I sam źle się w tym czuję, ale nie jestem w stanie się zmotywować do robienia czegokolwiek, bo pranie dalej gnije w pralce. Zaraz je znów przepłuczę włączając program, tak by móc w końcu je rozwiesić i mieć, w co się jutro ubrać. Naczynia dalej gniją w zlewie i ja nadal gnije w łóżku – moim centrum dowodzenia światem. I przytłacza mnie to wszystko. Ilość książek, które kupowane kompulsywnie, nie są czytane, które nie wiem, czy będą kiedykolwiek przeczytane, ale dają poczucie bezpieczeństwa i mądrości, liczba mebli i wszelka ilość skumulowana w tak małej przestrzeni. Choć nadal twierdzę, że przydałaby mi się komoda, stolik nocny i dodatkowa lampka. Jak tu jednak wcisnąć jeszcze jedną rzecz. I tak, jest to komfort mieszkania, życia, bycia w tym mieszkaniu, za które nie płacę dużo jak na standardy Warszawy. A jednak czuję się tym wszystkim przytłoczony i zaszczuty. Ja zaszczuty przez książki – absurd. I sam nie wiem do czego dążyłem w tej opowieści, ona też jest też bez dążeń.