włamywacz

Przyszła do mnie w nocy, choć wcale nie było późno, po prostu wcześnie położyliśmy się spać. Nie pamiętam już, czy to dlatego, że mieliśmy wcześnie wstać, czy może wróciliśmy bardzo zmęczeni. A mieszkanie nie było zamknięte, o czym zawsze zapominam, jeśli nie zrobię tego odruchowo zaraz po wejściu. W każdym razie było późno, ale jeszcze nie na tyle, żebym spał. Jeszcze trochę czytałem, ale z pewnością już leżeliśmy w łóżkach. Wtedy rozległo się pukanie. Roztrzęsiona sąsiadka mówi, że ktoś obserwuje jej mieszkanie, stoi pod balkonem i prawdopodobnie planuje się włamać. Stoi pod balkonem i wpatruje się w okna. A to jest pierwsze piętro i na pewno planuje. Żebym zobaczył przez balkon, żebym wyjrzał przez okno i czuwał, bronił i strzegł. Skoro jeszcze nie doszło do skutku, policja przez telefon mówi, że nie mogą nic zrobić, bo i nikt nic jeszcze nie zrobił. Sprawdziłem, ale przez balkon nie było nikogo widać, więc uspokajam sąsiadkę, która już na tę policję zdążyła zadzwonić i zapukać zdążyła do nas raz jeszcze. I nikt pod tym balkonem nie stał, nie wypatrywał. Noc już jednak stracona, bo człowiek włączony jak telefon w tryb czuwania i nasłuchiwania. Choć pewnie gdzieś już tak nad ranem odpłynąłem.

Wychodziliśmy potem z mieszkania i spotkaliśmy ją na klatce. Kryguje się, uśmiecha zawstydzona i przeprasza. Opowiada, że piętro niżej mieszka dziewczyna, której wyglądał jej chłopak na nią czekający, sprawdzał, czy już wróciła do domu. I patrzył w okna, pod okno podchodził. Sąsiadka myślała, że to włamywacz, że się włamywać chce. A my pewnie spaliśmy i ona nas obudziła i przeprasza za nocne w stan gotowości postawienie. Sama jest i opowiada, że dopiero teraz sobie uświadomiła, że to była rocznica jak na raka zmarł jej partner i może stąd to rozedrganie, ten niepokój i nerwy. Sprawy sobie z tego nie zdawała, choć pewnie w środku wiedziała i czuła, i przeprasza, ale człowiek głupi, stary i strach tak samemu.

Gest.

Minął chyba dokładnie rok, z drobnym przesunięciem w którąś ze stron. Całe miasto wtedy zamarło, a my spacerowaliśmy po bulwarach wiślanych. Nasze wcale nie pierwsze spotkania i wcale nasze nie pierwsze spacery, które spędzaliśmy razem. Zmiana jednak była. Nie tylko z tego powodu, że całe miasto zamarło. Daliśmy sobie szansę na przetrwanie i próbowaliśmy zacząć spinać coś, czego jeszcze nie określaliśmy w żaden sposób. Wszyscy byli w domach i tylko czasem jakiś zabłąkany rowerzysta przeciął nam drogę. Pusto więc całkiem bezpiecznie. Więcej było milczenia, bo nie umieliśmy rozmawiać i nie umieliśmy nie rozmawiać. Tak pusto i całkiem bezpiecznie, że zaśmiał się, że moglibyśmy się złapać za rękę. Pół żartem, pół serio, ale w obu przypadkach z przekonaniem wygiąłem w jego stronę nadgarstek. Śmieszny gest, jakbym pokazywał jednocześnie „nie wiem” i „oto jestem”. Rzucona rękawica, która nie została podjęta.

Innym razem odprowadzaliśmy się wzajemnie, miał jechać do siebie. Chciałem go pocałować na pożegnanie. Wtedy się wyrwał i mówił, że jeszcze ktoś zobaczy, że jeszcze nas zabiją. Często tak mówił, gdy wsuwałem mu rękę pod ramię, albo chciałem publicznie przytulić, lub okazać, coś okazać. Czasem sam wsuwa mi rękę pod ramię. Szybko jednak chce się wyłuskać, a wtedy przyciskam łokieć do boku i mu nie daję. Jeszcze kawałek tak idziemy póki się nie uwolni. Przekomarzamy się, a on się boi, że ktoś jeszcze nas zobaczy. Niech zobaczy. A on się ciągle boi, że ktoś nas jeszcze zabije. Niech zabije.

W żartach mówię, że go obronię, że zakryję, osłonię. „Lubimy” myśleć, że jest w nas odwaga. I wcale nie jest tak, że się nie boję. Jest mi wszystko jedno, właśnie dlatego, że nie jest mi wszystko jedno. Cokolwiek się zdarzy nie chcę się musieć bać. I nie chcę, by gestem odwagi cywilnej było trzymanie się za ręce. Tu i teraz. Jeszcze żyję. I nie chcę się musieć bać. Bo jedyne, co mi zostało, to to drobne, wygasające poczucie godności. To, że chcę żyć życiem, którym chcę żyć. Które wygląda tak, że mogę złapać za rękę osobę, do której coś czuję.

W Europie, Polsce, w Warszawie, w wieku 35 lat, w XXI wieku, w końcu.

Man In Da House

Jeszcze chyba nie było komórek, co najwyżej lokatorskie. Część z tych komórek w naszym ciągu zostało sprzedanych i przerobionych na dodatkowy pokój do innego mieszkania. Mama naszej nie chciała oddać, bo gdzie by miała miejsce na słoiki z ogórkami, kompoty i ozdoby choinkowe. W każdym razie chyba jeszcze nie było telefonów komórkowych bo dzwoniono na stacjonarny. Pamiętam, że byłem już po mutacji, bo głos mi się obniżył i zmężniał. Samego przechodzenia mutacji jednak nie pamiętam. Telefon odbierałem swoim męskim głosem mówiąc, że tu jest mieszkanie państwa, i że słucham. Potem wołałem mamę i zwykle kończyło się na heheszkach. W telewizji musiało lecieć „Co ludzie powiedzą?”.

Mama już chyba pracowała w szkole, bo telefon był od jednej z koleżanek z poprzedniej pracy. Mama, o której wiedziano, że jest wdową i mieszka sama, że mieszka z dziećmi. I potem te pytania:

– Te… Grażyna! Co za facet jest u Ciebie?
– Jaki facet?
– No, kto odbierał telefon?
– No Marcin, a kto?
– Marcin? Nasz Marcin? Nasz malutki Marcinek?

Zero suspensu, ani wyczucia chwili. A mogłaby skłamać. Po mieście poszłaby plotka, że mama przyjmuje gości, a dzieci wychowują się same. Zresztą, w żartach, z siostrą, zawsze mówiliśmy, że wychowywaliśmy się sami. Co tylko w części było nieprawdą. Tak jak ten facet w mieszkaniu.

PN-83/P-84502

I

W domu moich dziadków, który już nie jest takim, jakim go zapamiętałem z dzieciństwa, stoi maszyna do szycia. Zarówno dom jak i dziadków takich nie zapamiętałem. Jedna z tych wielkich, kolubryniastych maszyn, prawdopodobnie firmy Łucznik, albo inny Singer, które chowają się w drewnianym stole. Nie umiałbym pewnie podać jej specyfikacji, numerów seryjnych, ani wymiarów, ale wiem, że była duża. Duży stół z żeliwnym pedałem i kołem. Dwie szufladki i rozmiar, który dla mnie jako dziecka, był imponujący. Dziś zmalała, drewno ściemniało jeszcze bardziej i znikła gdzieś w kuchni pod stosem koców, podręczników i starości.

To była moja miejscówka. Stół, gdy maszyna była schowana do środka, nie służył zupełnie do niczego. Tylko kilka razy widziałem jak dziadek wyciągał z bebechów tego Łucznika, albo innego Singera, jakby wyciągał Jonasza z brzucha wieloryba. Kiedyś stała w dużym pokoju pod kaloryferem. Pokoju, którego nigdy nie nazwałbym salonem. Jako dziecko, a potem długo jeszcze, gdy przyjeżdżałem na święta, siadałem na tej maszynie i opierałem nogi o ten kaloryfer. Pozycje leżąca z książką w ręku. Z poduszką pod głową do oglądania telewizji, w pozie skulonej. Oparty o ścianę i rurę grzewcza. Moje siadania tam były różne. Ale to było moje miejsce. W szufladki były pochowane chusteczki do smarkania, które dla mnie alergika stanowiły podstawowe wyposażenie rzeczonej maszyny, tego stołu z jego szufladkami. Chustki najpierw te wielorazowe, materiałowe, które zawsze wyciągałem z wielkiej szafy, potem już tylko kolejne opakowania jednorazowych chusteczek higienicznych. Po przyjeździe odkładałem tam swoje rzeczy, głównie stosy książek, które miały mi starczyć podczas całego pobytu.

Jeśli maszyna stałaby tam, gdzie stała, pewnie nadal bym na nią wskakiwał, mościł się próbował złożyć się tak, żeby ją sobie przysposobić. Obecnie stoi w kuchni, prosto z sieni wchodzi się na nią i tam po prostu jest. Dziś także odkładam tam czapkę z daszkiem, plecak, rękawiczki. Moje rzeczy, które pod naporem masy pozostawionej spadają i już tam nie przynależą tak jak kiedyś. Wywędrowują do pokoju ciotki, do dużego pokoju, na fotele, łóżka i spalniki. Na wielkim żeliwnym pedale, leża jakieś koce swetry, w których połach babcia czasem szuka agrafki.

II

Mała maszyna do szycia, w moim pokoju, stała koło mojego biurka. Schowana sztywny pokrowiec w kolorze kawy z mlekiem – bardziej w szary beż. Jak foka, która weszła do bryły o kształcie trapezu. Stała tam i stała i zaczęła służyć jako podnóżek. Teraz pewnie gdzieś jest na strychu w domu dziadków. Mama do dziś opowiada, że była taka, działała, może jeszcze działa, uszyła na niej zasłony do dużego pokoju. Dziadziuś upiera się, że działa i że jest, pewnie tylko zapięcie od walizki się nie dopina, pewnie trzeba by wymienić igłę jeśli się złamała, naprawić jeśli jednak nie działa. Pokrowiec na pewno jest wgięty od moich nóg. Do popsucia zapięcia się nie przyznaję.

III

Kupuje mi, w ramach prezentu, kurs szycia dla początkujących – pierwsze spotkanie z maszyną. Wspólnie widzieliśmy szkołę koło mojego domu i pomyślał, że skoro mnie to interesuje i z fascynacją tam zawsze zaglądam, to będzie to idealny prezent. Piękne szkolne okna od ulicy. Jak wielka pasmanteria z kolorowymi belami materiałów, przybornikami i kursantami siedzącymi przy stołach. Marcin mówi, że taki kurs nie zajmuje miejsca w mieszkaniu. Mama mówi, że pewnie wdałem się w dziadziusia, że to są rzeczy, które warto wiedzieć i znać. Umieć sobie poradzić w życiu. Dziadziuś mówi, że on wszystko umiał na tym swoim Jonaszu, i że pewnie się w niego wdałem. Teraz tylko jak przewieźć maszynę fokę. Kiedyś chciałbym, by w moim domu znalazło się też miejsce dla tego Singera, choć to pewnie jest Łucznik. Maszyna już jednak zajmuje miejsce. Sam, w ramach kursu, nauczyłem się jak wszyć wypustkę, lamówkę i zrobić szew jeansowy, francuski i szew bieliźniany.

Kolacja na Titanicu

I

To chyba było dzień przed, tak to pamiętam, ostatni dzień tuż przed drugą turą wyborów. Wtedy, kiedy poszliśmy do znajomych napić się wina i posiedzieć w miłym towarzystwie. Jedzenie, wino, muzyka i tańce. Marcin machał swoimi włosami w rytm muzyki. Lejdi Gagi, Britnejki i Madonny. Trudno było nie mówić i nie myśleć o tym, co będzie jutro. Jakie będzie jutro i jaki będzie następny dzień. W powietrzu jakby ostatni dzień. Letni dzień i ciepłe powietrze. Gęste i duszne. Ostatni, w którym jakby czuło się wolność. Jeszcze. I niepokój. Choć każdy przewidywał, ale każdy jeszcze miał nadzieję, że będzie inaczej. Kolacja, tuż przed. W pewnym momencie usłyszałem alarm samochodu. Jeszcze tańczyliśmy. Jeszcze było przed wyborami, ale już było jakby po. W środku miasta. A muzyka grała dalej i jeszcze tańczyliśmy.

II

Ze zdjęć, filmów i doniesień pamiętam Białystok. Co się zdarzyło w Białymstoku. Co się zdarzyło w Białymstoku? Wiele osób, z którymi rozmawiałem następnego dnia w pracy, nie słyszało o tym, co się zdarzyło w Białymstoku.

III

Dzień wcześniej policja wyrywała ręce i nogi protestującym, darły się głosy i flagi. W środku stał policyjny samochód otoczony tłumem. Ziemia się kręciła wokół własnej osi, a Kopernik trzymał jeszcze flagę. Na zdjęciach widziałem, jak ręce i kolana policjantów przyciskały ludzi do ziemi.

Na następny dzień ogłoszono protesty pod pałacem. Przejeżdżałem obok autobusem i bałem się wysiąść. Miałem zaplanowane wieczorne wyjście. Mogłem wysiąść. Spytałem Marcina, czy to źle o mnie świadczy, że bałem się tam być? Tak jak inni nie bali się być. Urodziny, stoły uginały się od jedzenia i alkoholu. Kolacja, a pod pałacem działa się historia. Chciałbym tak o tym myśleć, że ten dzień przed i ten dzień po, to była historia, ale taka nie do zapomnienia, nie do pominięcia.

Tymczasem kosze oliwek i cytryn. I karuzela się dalej kręciła i był śmiech, szampan i wino. Miałem tam iść z pomalowanymi paznokciami i podniesioną głową. Tymczasem bałem się wysiąść w z autobusu i protestować pod pałacem, bałem się siebie o siebie i tych niepomalowanych paznokci. Szyję chowałem jakby w kołnierz płaszcza. I ten strach to był mój wstyd.

Nie raz słyszałem głosy, że ktoś by się postawił, że by zareagował, mówił głośno i wyraźnie i miał podniesioną głowę. I ja chciałem wierzyć, że byłym taki, a taki bym nie był. Może nie w pierwszym rzędzie, może nie na barykadach, ale byłbym.

Tymczasem, bałem się wysiąść z autobusu. Teraz mogę tylko komentować, donosić o tym, co się zdarzyło ze zdjęć, filmów i doniesień. O tym, co się zdarzyło pod pomnikiem Kopernika, pod pałacem i o tym, że mnie tam nie było. I że był tam policyjny samochód, protestujący z flagami, i te wyrywane ręce i nogi, kolana policjantów, które przyciskały ludzi do ziemi. Mogę dodać lajka napisać i udostępnić. I powiedzieć o tym, że mnie tam nie było.

przepisywanie codzienności

Spytała mnie wtedy, gdy jeszcze wszyscy byliśmy w domach, czy ciągle jestem na kwarantannie? A ja już wtedy miałem zacząć pracę, miałem jeździć komunikacją miejska i chodzić częściej niż raz na tydzień do sklepu. I wcale nie chodziło o kwarantannę, ile o ten czas, w którym nie musiałem jeździć tam gdzie wcale nie miałem ochoty jeździć z taką częstotliwością. Nie mniej nadchodziło święto i wypadało. Choćby na odległość ramienia, na odległość tylnego siedzenia w samochodzie i przywitanie skinieniem głowy i w powietrzu ucałowania.

Osoby, które noszą maseczki na brodzie, na ustach nie nosząc ich na nosie, lub nie nosząc ich wcale. Lub ci, którzy tak bardzo dbają o siebie, łapią się często poręczy w komunikacji, które z pewnością nie są czyszczone, ale przyciski są pozaklejane, bo przecież tyle osób ich używało. Paradoksy maseczek, które się zdejmuje, żeby podrapać się w nosie. Palcem, którym potem łapie się owoce, którym potem sprawdza się pieczywo na wcisk, sprawdzając, czy aby na pewno jest świeże. Bułki macane, macane owoce i warzywa. Dezynfekujmy rączki, myjmy rączki i zakładajmy maseczki, a potem wsadźmy sobie palce w oczy, palec w dupy i palce w innych pole widzenia.

Wtedy już jednak nieśmiało widywałem się ze znajomymi, z bliskimi osobami. Witałem się uściskami, witałem podaniem ręki i z pewną nieśmiałością zbliżałem się do osób, będąc tak bardzo spragnionym kontaktu z drugim człowiekiem. I wcale nie chodziło o wirusa, choć zawsze chodzi o jakiegoś wirusa. Tak, żeby traktować każdego, jak potencjalnie chorą osobę i tylko od ciebie zależy stopień w jaki się zabezpieczysz. Nawet jeśli mówią, że są zdrowi i nie mam się niczego nie bać.

Gdy jeszcze wszyscy byliśmy w domach, wybrałem się z nim na spacer bulwarami wiślanymi. Ja w maseczce, on w maseczce, nieomal na odległość ramienia, choć dystans nas do siebie zbliżał. Bojąc się, że zatrzymają nas panowie policjanci, z pytaniem, co robimy, gdzie idziemy, my dwaj obok siebie, nie będący ze sobą spokrewnieni. I odpowiedź, która miała tłumaczyć i wyrażać wszystko, zawczasu przygotowana odpowiedź o prowadzeniu wspólnego pożycia, życia i tych wspólnie jedzonych posiłków i picia z termosu kawy na trawie. A nie mogliśmy się nawet złapać za ręce. Wcale nie z obawy o wirusa i wcale nie z obawy o panów policjantów. Tylko tak, żeby nie dostać po mordzie, żeby nie zostać pobitym.

I to wspólne dzielenie łóżka, w którym zawsze daje mi spać po stronie którą lubię. Jak ten hoker specjalnie przeze mnie zamówiony, żeby jeść obok siebie przy kuchennym blacie. Ze smakiem wszystko co mi ugotował. I zawsze sprzątanie, zmywanie i składanie suszarki z praniem zanim przyjdzie, bo lubi jak jest przestrzeń, czysto i schludnie. Choć i tak wszędzie leżą książki, papiery, sprzęt fotograficzny, a na biurku walają się przydasie i cotosie. Zgaszę światło, nie będzie widać. Nie będzie nas widać zza rozkręconych rolet. I to w jaki sposób mówi: to się nie nadaje, to trzeba wyrzucić. A potem jemy żelki, lody, razem oglądamy filmy i zasypiamy wtuleni w siebie. Dzielenie się. Bez względu na świat.

I nie ma sensu pisać o niepisaniu, skoro w tym niepisaniu, poza kilkoma wierszami, było wszystko o czym pisać nie ma zupełnie potrzeby.

[Sentymentki] Bej-gej

Mieliśmy psa. Nie takiego zwykłego, ale przecież większość właścicieli myśli o swoich psach jako o niezwykłych. Byliśmy jeszcze dziećmi, potem już nastolatkami, bo siostra już chyba wybierała się do liceum.

Zanim pojawił się w naszym domu wymyślaliśmy mu różne imiona, na miarę dziecięcych wyobrażeń o tym, jak powinien nazywać się pies. Pamiętam, że wymyśliłem Timona z Króla Lwa, ale siostra nie chciała się zgodzić. A może to mama nie chciała się zgodzić na Pumbę, choć uważam, że by pasowało. Skutek był tego taki, że pies nazywał się Bej. Nie taki zwykły pies, pekińczyk zmieszany z cocker spanielem. Miał wszystko co najlepsze z obu ras. Pysk spaniela, ale rozmiary, zawieszenie i cudowną długą sierść po pekińczyku. Tak, jak śmieliśmy się, że czarny kolor ma po tacie, ogon po mamie, a rudawe skarpety po babci.

Do dziś nie wiem skąd wziął się ten Bej. Może to rzuciła mama, może siostra. W każdym razie wtedy nie miałem żadnych złych skojarzeń. Śmieszyło mnie nazwanie takiego pieska tureckim słowem oznaczającym wodza. Potem jednak nie okazało się to tak szczęśliwe. Jeszcze nie będąc w pełni świadom siebie, już wołano za mną bej, już wołano za mną bej-gej. Już wyzywano od pedałów, lujów i wymyślano coraz bardziej bolesne zbitki słowne. Na spacer często chodziłem z kijem, omijając większe grupki chłopaków, chodząc do lasu za blokiem, lub wieczorem, kiedy nie było widać mnie i czarnego psa z rudymi łapami, które ledwie wystawały sponad chaszczy ostu, pokrzyw i traw. Potem już chodziłem z kijem hokejowym, który do dziś chyba stoi gdzieś za szafą. Wyglądałem jak samuraj, zawsze gotowy do wyjęcia miecza. Kij miał być na okoliczne agresywne, duże psy, które szczekały, warczały i gryzły. Rzucały się na mnie i na Beja. Miałem ze sobą także gaz pieprzowy. Bo przecież wszyscy wiedzieli, w każdym razie ja wiedziałem, że ta laga, ten kij golfowy dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza przed innymi chłopakami, którzy także gryźli, warczeli i szczekali na mnie. Którzy poszturchiwali i potrafili wyrywać z ręki smycz, lub przedrzeźniać mnie i psa denerwować.

Dziś przyjąłbym te spacery z wdzięcznością, wieczorne wyjścia, czas dla siebie i dla własnych myśli. Radość psa i zapach poranków. Dziś już bym wiedział, co zrobić z tymi chłopakami.