przepisywanie codzienności

Spytała mnie wtedy, gdy jeszcze wszyscy byliśmy w domach, czy ciągle jestem na kwarantannie? A ja już wtedy miałem zacząć pracę, miałem jeździć komunikacją miejska i chodzić częściej niż raz na tydzień do sklepu. I wcale nie chodziło o kwarantannę, ile o ten czas, w którym nie musiałem jeździć tam gdzie wcale nie miałem ochoty jeździć z taką częstotliwością. Nie mniej nadchodziło święto i wypadało. Choćby na odległość ramienia, na odległość tylnego siedzenia w samochodzie i przywitanie skinieniem głowy i w powietrzu ucałowania.

Osoby, które noszą maseczki na brodzie, na ustach nie nosząc ich na nosie, lub nie nosząc ich wcale. Lub ci, którzy tak bardzo dbają o siebie, łapią się często poręczy w komunikacji, które z pewnością nie są czyszczone, ale przyciski są pozaklejane, bo przecież tyle osób ich używało. Paradoksy maseczek, które się zdejmuje, żeby podrapać się w nosie. Palcem, którym potem łapie się owoce, którym potem sprawdza się pieczywo na wcisk, sprawdzając, czy aby na pewno jest świeże. Bułki macane, macane owoce i warzywa. Dezynfekujmy rączki, myjmy rączki i zakładajmy maseczki, a potem wsadźmy sobie palce w oczy, palec w dupy i palce w innych pole widzenia.

Wtedy już jednak nieśmiało widywałem się ze znajomymi, z bliskimi osobami. Witałem się uściskami, witałem podaniem ręki i z pewną nieśmiałością zbliżałem się do osób, będąc tak bardzo spragnionym kontaktu z drugim człowiekiem. I wcale nie chodziło o wirusa, choć zawsze chodzi o jakiegoś wirusa. Tak, żeby traktować każdego, jak potencjalnie chorą osobę i tylko od ciebie zależy stopień w jaki się zabezpieczysz. Nawet jeśli mówią, że są zdrowi i nie mam się niczego nie bać.

Gdy jeszcze wszyscy byliśmy w domach, wybrałem się z nim na spacer bulwarami wiślanymi. Ja w maseczce, on w maseczce, nieomal na odległość ramienia, choć dystans nas do siebie zbliżał. Bojąc się, że zatrzymają nas panowie policjanci, z pytaniem, co robimy, gdzie idziemy, my dwaj obok siebie, nie będący ze sobą spokrewnieni. I odpowiedź, która miała tłumaczyć i wyrażać wszystko, zawczasu przygotowana odpowiedź o prowadzeniu wspólnego pożycia, życia i tych wspólnie jedzonych posiłków i picia z termosu kawy na trawie. A nie mogliśmy się nawet złapać za ręce. Wcale nie z obawy o wirusa i wcale nie z obawy o panów policjantów. Tylko tak, żeby nie dostać po mordzie, żeby nie zostać pobitym.

I to wspólne dzielenie łóżka, w którym zawsze daje mi spać po stronie którą lubię. Jak ten hoker specjalnie przeze mnie zamówiony, żeby jeść obok siebie przy kuchennym blacie. Ze smakiem wszystko co mi ugotował. I zawsze sprzątanie, zmywanie i składanie suszarki z praniem zanim przyjdzie, bo lubi jak jest przestrzeń, czysto i schludnie. Choć i tak wszędzie leżą książki, papiery, sprzęt fotograficzny, a na biurku walają się przydasie i cotosie. Zgaszę światło, nie będzie widać. Nie będzie nas widać zza rozkręconych rolet. I to w jaki sposób mówi: to się nie nadaje, to trzeba wyrzucić. A potem jemy żelki, lody, razem oglądamy filmy i zasypiamy wtuleni w siebie. Dzielenie się. Bez względu na świat.

I nie ma sensu pisać o niepisaniu, skoro w tym niepisaniu, poza kilkoma wierszami, było wszystko o czym pisać nie ma zupełnie potrzeby.

[Sentymentki] Bej-gej

Mieliśmy psa. Nie takiego zwykłego, ale przecież większość właścicieli myśli o swoich psach jako o niezwykłych. Byliśmy jeszcze dziećmi, potem już nastolatkami, bo siostra już chyba wybierała się do liceum.

Zanim pojawił się w naszym domu wymyślaliśmy mu różne imiona, na miarę dziecięcych wyobrażeń o tym, jak powinien nazywać się pies. Pamiętam, że wymyśliłem Timona z Króla Lwa, ale siostra nie chciała się zgodzić. A może to mama nie chciała się zgodzić na Pumbę, choć uważam, że by pasowało. Skutek był tego taki, że pies nazywał się Bej. Nie taki zwykły pies, pekińczyk zmieszany z cocker spanielem. Miał wszystko co najlepsze z obu ras. Pysk spaniela, ale rozmiary, zawieszenie i cudowną długą sierść po pekińczyku. Tak, jak śmieliśmy się, że czarny kolor ma po tacie, ogon po mamie, a rudawe skarpety po babci.

Do dziś nie wiem skąd wziął się ten Bej. Może to rzuciła mama, może siostra. W każdym razie wtedy nie miałem żadnych złych skojarzeń. Śmieszyło mnie nazwanie takiego pieska tureckim słowem oznaczającym wodza. Potem jednak nie okazało się to tak szczęśliwe. Jeszcze nie będąc w pełni świadom siebie, już wołano za mną bej, już wołano za mną bej-gej. Już wyzywano od pedałów, lujów i wymyślano coraz bardziej bolesne zbitki słowne. Na spacer często chodziłem z kijem, omijając większe grupki chłopaków, chodząc do lasu za blokiem, lub wieczorem, kiedy nie było widać mnie i czarnego psa z rudymi łapami, które ledwie wystawały sponad chaszczy ostu, pokrzyw i traw. Potem już chodziłem z kijem hokejowym, który do dziś chyba stoi gdzieś za szafą. Wyglądałem jak samuraj, zawsze gotowy do wyjęcia miecza. Kij miał być na okoliczne agresywne, duże psy, które szczekały, warczały i gryzły. Rzucały się na mnie i na Beja. Miałem ze sobą także gaz pieprzowy. Bo przecież wszyscy wiedzieli, w każdym razie ja wiedziałem, że ta laga, ten kij golfowy dawał mi poczucie bezpieczeństwa. Zwłaszcza przed innymi chłopakami, którzy także gryźli, warczeli i szczekali na mnie. Którzy poszturchiwali i potrafili wyrywać z ręki smycz, lub przedrzeźniać mnie i psa denerwować.

Dziś przyjąłbym te spacery z wdzięcznością, wieczorne wyjścia, czas dla siebie i dla własnych myśli. Radość psa i zapach poranków. Dziś już bym wiedział, co zrobić z tymi chłopakami.

Ma2: Oiko Petersen to chyba fotograf czy nie ?
Ma1: Tak, a co? Bardzo lubię jego zdjęcia.
Ma2: Pobili go we Wrocławiu.
Ma1: No co ty? Smutne. On bardzo ładnie fotografuje intymność.
Ma2: Szedł z chłopakiem.

Samsa

To było jakoś przed świętami. Sen. Bo nie lubię zaczynać opowieści od: śniło mi się. Zwłaszcza, że się nie obudziłem. Moje rodzinne miasto, moje podwórko, z piaskownicą i żwirową ścieżką do biegania dookoła lasku, dziś już mocno zarośniętą. Gonili mnie, jakieś dresy. Złapali i zaczęli poszturchiwać, potrącać i przewracać. Krzyczeli żebym się przyznał, że ją podrywałem, że chciałem z nią iść do łóżka, a ona jest kobietą jednego z nich. Albo jeszcze inaczej, ona jest kobietą ich znajomego i oni występują w obronie jego czci. Bo nie może tak być, żebym ją podrywał, żeby ona przyprawiała tamtemu rogi. I gdy już mieli dojść do bardziej zasadniczych rękoczynów, z pomiędzy krzaków wyskoczył Szymon. W szerokich spodniach, obszernej białej bluzie z czerwonym nosorożcem. I zaczął ich kopać, zaczął ich okładać. Mój bohater. Wtedy jeden z oprawców przycisnął mnie do ziemi kazał się przyznać. Z ziemią w buzi powiedziałem, że to nie ja, że to niemożliwe, bo ja wolę chłopców. I wtedy wszyscy zaczęli się śmiać, bo o to im chodziło. Zaczęli się śmiać, bo chcieli żebym się przyznał, że wolę chłopców, a cała reszta to była tylko gra. Wtedy Szymon pomógł mi wstać i kuśtykając zostałem odprowadzony do domu. A tamci krzyczeli za mną, że wolę chłopców, że wolę chłopców śmiali się.

Przystanek

Wracając do domu rodzinnego zasypiam na łóżku. Twardym i niewygodnym, na którym już nie mieszczą się moje stopy. Z widokiem na drzwi, do których przybita jest słomiana mata, do której przyczepione są plakaty. Tak, żeby nie było widać światła z korytarza, tak żeby nie było widać światła z pokoju. Gdy jako nastolatek wracałem do domu, zasypiałem na łóżku, w którym robiłem wiele. W pokoju, w którym robiłem wiele. Z plakatami na drzwiach przymocowanych do słomowej maty, żeby nie było widać środka. Plakat z filmu Matrix i plakat zaprzyjaźnionej grupy teatralnej. Plakat jak z horroru. Twarz, z której odrywa się maska skóry pod którą widać upiorną szczękę. Mówi, że straszny. Plakaty wiszą do dzisiaj i patrzę na nie zasypiając na łóżku, w którym nie mieszczą się moje nogi. Które jest twarde i trzeszczy przy każdym ruchu.

Tutaj mam wszystko. I są też grafiki, są też obrazy, na które patrzę przed zaśnięciem. Maski, twarze, portrety. Które patrzą na mnie jak zasypiam na wielkim łóżku. Wygodnym, w którym zmieściłaby się więcej niż jedna osoba. Które też ma momenty, w których skrzypi, bo śpię zawsze po lewej stronie, bo lubię spać od przejścia. Patrząc na korytarz, drzwi wejściowe do mieszkania i maski, twarze portrety. Widzę zwłaszcza, gdy zasypiam na lewym boku, z nogami podkulonymi. Z nogami, które mieszczą się przecież na długość. Na szerokość.

Tu, znowu film, w którym postać grana przez Geoffreya Rusha zbiera obrazy, w których zbiera portrety. Pokój, w którym każdy skrawek wypełniony jest obrazem. Obraz, w którym pokój jest wypełniony portretami. I nic tylko patrzeć. I nic tylko patrzeć, jak każdy skrawek mojego mieszkania będzie wypełniony zdjęciami, wypełniony portretami, maskami. Jak każdy skrawek będzie wypełniony książkami. W pokoju, w którym nie weszłyby już żadne zdjęcia, książki, portrety, czy maski za którymi mógłbym się schować. Już nie mówiąc mebel, czy człowiek. Ciągle dochodzą. Ciągle przybywają. I nie ma miejsca na moje nogi, które wprawdzie mieszczą się na łóżku. Nie dostają. Wystają. Ot, na przykład spod kołdry.

Mimo tego

W książce, która jest czytana, do jednosłodowej podaje mu orzeszki i słone mini krakersy. Jest pierwszy raz u niego w domu. Kiedy jestem pierwszy raz u niego w domu, podaje mi kawę przez K i Cavę przez C i Czym sobie na to wszystko zasłużyłam. W pierwszych scenach bierze prysznic pan z penisem, którego ledwo widać, bo jest jednym z tych penisów, które ledwo widać, bez względu na obfitość owłosienia łonowego. Zostajemy na noc. I już w łóżku, czytam książkę o tym, że on pierwszy raz do niego przychodzi i jest nieśmiały pocałunkom. I jest mu zimno, a ja mam zimową kołdrę. Kiedy całujemy się w łóżku, zdaję sobie sprawę, że miałem wracać do domu, ale wiem już, że tu zostanę do rana. Mimo tego, że się ubieram do wyjścia, wiem już że zostanę tu do rana, mimo tego, że nie mam tabletek na noc, nie mam tabletek na dzień, a z playlisty kiczowato leciało Can you feel the love tonight. Rozbieram się znowu choć, choć wiem że nie mam tabletek, ale rano mam kawę przez K i kawałek urodzinowego ciasta przez 32. I już wiedząc że zostaję, biorę prysznic, mając nadzieję, że nie wyglądam jak pan z filmu. Ciało daje o sobie znać, że jest zainteresowane, a w filmie on był impotentem. Przed snem czytamy książki. On swoją, ja swoją, w której on podaje mu jednosłodową, orzeszki i słone mini krakersy. I to wspólne czytanie jest takie. On się śmieje z tego, co przeczytał i cieszę się, że się śmieje, bo ja czytam obok, jak przenika go chłód, a my leżymy pod zimową kołdrą.

[Sentymentki] Kamienica

Zaraz po wojnie, gdy dziadek wrócił z rodziną na ziemie odzyskane, otrzymali, chyba od państwa, ziemię na zachodzie. Do dziś wspomina ganek, budynki gospodarcze, drzewa przed domem. A za oknem w kuchni rósł krzak winogron. Wystarczyło sięgnąć tylko ręką. Ziemia wraz z domem została potem sprzedana. Za te pieniądze wyprowadzili się razem z sąsiadami do pobliskiego miasta, chyba już wtedy wojewódzkiego. Małą kamienicę, która kupili, podzielili na pół. Jedno i pół piętra dla nich, jedno i pół piętra dla sąsiadów. Mała kamienica z mieszkaniem na każdym z pięter i ta przestrzeń wspólna.

Jako dziecko przyjeżdżałem tam jeszcze. Dom pełen ludzi. Brat mojego dziadka, żona, dzieci, zwierzęta. Przechodni pokój. Piece kaflowe. Stare meble. To tylko migawki. Już wtedy niechodząca prababcia. Jej ciepły nieruchomy policzek i mętne oczy wpatrzone w sufit. Leżała na wysokim łóżku jak na katafalku. Zawsze z siostra jeździliśmy na jej wózku inwalidzkim. Metr w przód metr w tył, między łóżkiem a meblami. Tylko tyle, żeby nie zahaczyć o worek z cewnikiem. Słodki smak suszonych bananów wysypanych w misce na stole. Wielki spasiony dalmatyńczyk. Miał mało łat i dzieciaki domalowywały mu je czarnym markerem. W jaskrawe pasy malowany też był biały domowy szczur, który mieszkał w duchówce pieca. W salonie wielki, ciemnobrązowy zegar z kurantem, który bimbał sobie wybijając godzinę, z jednym podwójnym dźwiękiem w jej połowie. Szło się przyzwyczaić i potem nawet nie zwracało się na te paniejanowania uwagi. Sposób w jaki ktoś doprawiał potrawy obstukując brzeg pieprzniczki. Rodzinne kolacje. I czarna poduszka w kształcie serca, z falbaną, z wizerunkiem zespołu Kelly Familly, przywieziona chyba z bliżej nieokreślonego zachodu. Tak szaleliśmy wtedy na punkcie tego zespołu, że wujek nam ją oddał. Długo jeszcze czuliśmy na niej zapach tytoniu. Wszyscy tam palili.

Nie jeździliśmy tam często. Utrudniała nam to odległość pięciuset kilometrów i utrudniały nam to koleje państwowe i połączenia z przesiadkami. Dziś już niewiele tam zostało. Miasto też zamglone i senne. Park Róż bez róż. Ulice w remoncie i błocie. Niektóre pokoje w kamienicy zostały częściowo odremontowane, wiele mebli oddanych. W sypialniach nowe, wielkie, nowoczesne łóżka. Część rzeczy ostała się w jednym z pokoi. Kufer, walizki w kratę, wielkie tremo, które kiedyś wisiało w przedpokoju. Kolory ziemi: umbra, siena palona, ochra, winne tango. Betonowe zakole balkonu, zegar z kurantem w salonie i fragment boazerii. Narożne siedzisko w kuchni. Jeden z wielu pieców kaflowych ciemny szmaragd, malachit. Dom pusty. Tylko ciocia, wdowa po mężu, bracie mojego dziadka, którą czasem odwiedzają dzieci, wnuki, rozwłóczone po kraju. Do której przyjechaliśmy po latach, bezpośrednio.