Postrzyżyny

Codziennie przychodził ze zmierzwionymi włosami. Odgniecione od czapki, już za długie, sterczały. Któregoś dnia też przyszedł. Ostrzyżony. Klasycznie męska, krótka fryzura z ładnym podgoleniem. Za każdym razem gdy na niego patrzyłem wiedziałem, że sam muszę. Sam powinienem iść. Ściąć. Choćby milimetr krócej, bardziej. Poprosiłem go o adres. Specyficzne miejsce w starym stylu – jakby ostrzegał. Na tej części ulicy, gdzie, myślałem, jest już tylko modny golibroda, zniszczona hala targowa i księgarnia z tanimi książkami. Salon znajduje się w tej części, w której, wydaje się, nic nie ma prawa istnieć.

Nad wejściem napis: fryzjer damski. We wnęce wystawy, czarnobiałe portrety, główka do stylizacji, sztuczne kwiaty. Stara krata, która grodzi przejście, dwuskrzydłowe drewniane drzwi. Trzeba się przecisnąć, żeby wejść. Wpaść do środka i nie móc się wycofać. Plecak blokuje odwrót. W środku jest ciemno i pachnie wilgocią, starością. Temperatura niewiele się różni od tej na zewnątrz. Chłód. Brak centralnego ogrzewania. Na jednym z foteli siedzi stara kobieta, w kufajce. W ręku trzyma kanapkę zawiniętą w papier śniadaniowy, obok stoi termos.

Potrzebuję się ostrzyc, choćby z tyłu, kilka ruchów maszynką, podgolić, tak żeby nie zarastać. Żeby szyja nie zarastała. Ostrzygła go dobrze; to musi być tutaj. Teraz.

Grzecznie dzień dobry, zdejmuję kurtkę i bluzę, żeby się włosy nie wbiły w kaptur i łatwiej było je wymieść zza karku. Żebym się nie rozbierał, bo zimno, brak centralnego ogrzewania. I prądu na ogrzanie szkoda. Na środku stoi grzejnik elektryczny. Światło nie zapalone. Przede mną przykurzony pulpit, czyste lustro ze śladami odprysków na brzegach. Kątem oka dostrzegam wystawy starych, zakurzonych sprayów, kremów, pianek i opakowań niewiadomego pochodzenia i przeznaczenia. Z dawno minionym terminem ważności. Sterty tygodników sprzed wielu tygodni.

Mówię niepewnie. Krótko, rzeczowo. Żeby być dobrze zrozumianym. Żeby być dobrze usłyszanym. Tutaj wycieniować, skrócić, boki, tył, góra zostaje. Chciałbym się ostrzyc, krótko. Choćby po to, żeby się nazywało.

Zmoczony wcześniej grzebień; przeczesuje moje krótkie włosy. Antyczna maszynka do strzyżenia musi mieć zepsuty przełącznik. Przy każdej zmianie nasadki, biały, dawno pożółkły kabel trzeba wyjąć z kontaktu. Za każdym razem zakładając kolejną, krótszą końcówkę, strzyże, jak mi się wydaję, w tym samym miejscu. Pociągnięcie za pociągnięciem. W miejscu, w którym, jak mi się wydaję, można by skrócić od razu do poziomu zero.

Opowiada, że pewna pani przychodzi do niej od czterdziestu lat. Kiedyś przychodziła co dwa dni, na mycie. Teraz może sobie pozwolić, czy raczej: nie może sobie pozwolić, raz na miesiąc może. Na umycie, ułożenie. Przyszła do niej i mówi, że potrzebuje, ale nie ma czym zapłacić, bo wydała na leki, i teraz nie ma, i czy mogłaby później oddać, oddać w ratach. Przychodzi do niej od czterdziestu lat, więc jak ona mogłaby jej nie przyjąć i nie zrobić jej na raty. Nawet za darmo. Ja na tym nie stracę. Do innej chodzę do domu. Już z niego nie wychodzi. To po przeciwnej stronie ulicy. Czasem, gdy widzi z balkonu, jak idę, to posyła buziaki i krzyczy: kocham, kocham. Przychodził tutaj też pan, tu pada znane nazwisko, nawet obiecał, że przyjdzie kiedyś z wielkim szampanem, ale potem umarł, a zaraz po nim jego żona, albo odwrotnie. Ta Magda Umer, ona już tyle śpiewa, a wciąż śpiewa, takie ładne te jej piosenki, tej Osieckiej. I ten marsz, dlaczego ludzie nie chcą, żeby prezydent nie szedł w tym marszu. Pan tu tak nisko zarasta na szyję, ja tu bardziej jeszcze wygolę, żeby na dłużej starczyło. Baczki na prosto? Jeszcze tylko wymiecenie pędzelkiem włosów zza szyi, włosów zza ubrania. Bo trochę naleciało. Zawsze trochę naleci. I czy może być?

Bo Pan chyba potrzebował się ostrzyc. Jest krótko, nie widzę dobrze, bo jest ciemno, bo nie ma światła, więc przeczesuję włosy ręką. Pan się wytrzepie z tych włosów, bo to jeszcze pewnie coś zostało. Zawsze coś zostaje. Patrzę na zegarek – czterdzieści minut, a ja przecież się spieszę do szpitala.

Pytam, ile płacę. Sięgam ręką do kieszeni i wyjmuję dwadzieścia złotych. Akurat tyle, ale jakby Pan nie zapłacił, to ja też bym dała radę, dalibyśmy radę. Prawda?

Reklamy

4 myśli na temat “Postrzyżyny

  1. Zebrałeś i zachowałeś ważny i delikatny okruch życia.

    Damy radę, dajemy radę właśnie tak jak ona – po cichu, gdzieś za zakurzonymi drzwiami, tam się dzieje życie i tam się świat zmienia na lepszy codziennie, małymi kroczkami.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s