Czasem łatwiej jest robić coś przeciw…

Mówi, że to, co się ze mną działo w tych dniach, to syndrom odstawienia. Wyjście poza matrix… Matrix, która wyjechała, a ja miałbym jakoby z tego powodu czuć się, nie czuć się. Nie czułem… się. Kompletnie się nie czułem i nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Jak pies spuszczony ze smyczy, który jest w takim szoku, że boi się odejść od nogi pańci. Pańcia dobra, pańcia krzywdy nie zrobi. Daję krok w przód i… czasoprzestrzeń, ale też zawieszenie w niewyobrażalnej pustce, w której nie chodzi o brak rodzicielki, lecz chodzi o inne braki. Gdzie to ja, czego to ja nie… i plany na budzący się dzień, na budzące się… Wiec może chodzi o te plany, szumne zapowiedzi popołudnia, wieczoru, spotkań i bez. Bez spotkań. Tylko parę konwulsyjnych szarpnięć i ruchów, jak ryba wrzucona na brzeg, która zachłannie łapie powietrze i trzepie ciałem o piach – wyborna panierka, a ja się czuję nazbyt sauté.

Reklamy

16 uwag do wpisu “Czasem łatwiej jest robić coś przeciw…

  1. Już to kiedyś z kimś omawiałam… Prawie zawsze najłatwiej jest robić coś przeciw. Bo to daje jasny i klarowny punkt odniesienia. Bo samo bycie przeciw jest przyczyną i celem samym w sobie.
    Tylko że to jest niewola. Im bardziej z czymś walczymy, tym większą dajemy temu nad sobą władzę. „Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” – to najwyższy akt wolności, to uwolnienie się z odwiecznego łańcucha „akcja-reakcja”, to wyjście poza swoje ograniczenia i bycie w końcu „dla” a nie „przeciw”. Dla siebie, dla innych, dla życia samego w sobie.

    Lubię to

  2. Punkt odniesienia jest dobry. Tylko punkt odniesienia nie jest tożsamy z przeciwnikiem.

    Bo teraz tak – moim punktem odniesienia może być Prawda. Albo Dobro. Cokolwiek robię, chcę, by to było prawdziwe, dobre. W ramach tego mam jednak osobista wolność. Mogę zrobić coś, co nie jest dobre -choć pewnie tego nie chcę. „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko jest pożyteczne”.
    Moim punktem odniesienia może być pan X – kocham pana X i wszystko co robię rozpatruję pod kątem tego, czy to jest dla X dobre i czy go to nie skrzywdzi.

    Ale jeśli ja z panem X walczę, to wszystko, co robię, jest podyktowane panem X w zupełnie inny sposób – cokolwiek on zrobi, ja na to odpowiadam, daję contrę, ale już nie ja dyktuję warunki, tylko on. On mówi A, więc ja muszę powiedzieć B, on powie B, więc ja muszę powiedzieć A. Bo walczę i muszę wygrać. Tu się kończy moja wolność, jestem uwikłana w grę i to nie ja dyktuję warunki (ani X, tak naprawdę warunki dykjuje sama walka).

    Lubię to

  3. Owszem w rozumieniu punkt odniesienia = byciem przeciw – byłoby to absurdalne [co pięknie udowodniłaś], ale wiadomo, że tak nie jest i znaku równości nie ma.
    Więc punkt odniesienia tylko jako wskazówka w postępowaniu, a my już sami [nie istotne, czy będąc: za, przeciw, czy znajdując inne rozwiązanie] zadecydujemy. I tu jest ta wolna wola.

    Lubię to

  4. Wiesz co… jak tak myślę sobie, to mi się wydaje tak.

    wolna wola się wyraża oczywiście w tym, ze można być za, przeciw lub obojętnym. Nie inaczej. ale wolna wola i wolność to nie są pojęcia tożsame. Można używać swojej wolnej woli żeby się zniewalać – vide toksyczne związki, rożne uzależnienia i uwikłania. A można użyć swojej wolnej woli po to, żeby się uwolnić.

    Czyli, żebym nie poplątała – wolność lub zniewolenie to są stany, a wolna wola to nasze narzędzie, dzięki któremu dążymy do jednego lub drugiego stanu. I w tym dążeniu kierujemy się rożnymi punktami odniesienia.

    Ważne, żeby za punkt odniesienia obrać sobie to, co nas ku wolności powiedzie, nie ku zniewoleniu.

    Lubię to

  5. Zgodzę się – doskonałe!

    A jeszcze warto by się zastanowić, czy robienie przeciw jest robieniem przeciw dla zasady „na złość mamie odmroże sobie uszy”, czy jest wypadkową namysłu nad zaistniałą sytuacją… powodem czy też skutkiem może być ta wolność lub chęć jej uzyskania.

    Czasem czyjeś kategoryczne zdanie niejako zmusza nas – mnie do dookreślenia się w różnych kwestiach, podjęcia decyzji, czy przedstawienia swojego zdania na dany temat.

    Lubię to

  6. Masz rację.
    Możliwe, że nazbyt to uprościłam – nie chodzi o samo bycie przeciw, ale o walkę.

    Posłużę się – oczywiście niczego innego nie można się po mnie spodziewać ;) – przykładem Chrystusa. Był jak najbardziej przeciw złu, ale nie walczył z nim, tylko je przemieniał. Bo walcząc z czymś, dajemy temu siłę. Ale można być przeciw złu będąc jednocześnie pełnym miłości dla człowieka, i ta miłość ma siłę przemieniania. Można się sprzeciwiać, nie siejąc jednocześnie wokół zniszczenia, będąc wolnym, bo się samu nie ulega złu, któremu się sprzeciwia.

    Dlatego modyfikuję to, co wcześniej napisałam: walka jest zniewoleniem, a nie bycie przeciw.

    Lubię to

  7. Jeśli chodzi o walkę to wydaje mi się, że trzeba walczyć, ale z samym soboą i o siebie, a nie przeciw komuś i dla innych.

    A tak trochę z przymrużeniem oka, trochę serio : W myśl tego, co napisałaś [jednocześnie trochę upraszczając], że walka daje siłę temu z kim walczymy, to jeśli walczymy sami z sobą – rośniemy w siłę.

    Lubię to

  8. Dobra konkluzja! Tylko pytanie, z czym w sobie walczysz? Bo nigdy nie walczymy sami ze sobą, walczymy raczej z czymś w sobie. Jeśli chcemy to w sobie zabić, to rośnie w siłę. Jeśli jesteśmy w stanie zaakceptować to z miłością, to jesteśmy tez w stanie spojrzeć na to trzeźwym okiem z boku i uwolnić się od tego. Powiedzieć „Wiem, że we mnie jesteś, nie będę Cię przepędzać, ale też nie pozwolę Ci sobą rządzić”.

    Lubię to

  9. Moim zdaniem nie.

    Nie zgadzam się np. na to, żeby ktoś mnie obrażał. Przerywam rozmowę, wychodzę. To jest sprzeciw. Ale jeśli zaczynam obrażać w odwecie, to już jest walka. A z takiej walki wychodzą dwie przegrane strony. Nikt nie jest przekonany, za to obie strony są zranione.

    Sprzeciw – nie zgadzam się na to co, robisz. Robię inaczej, niż Ty robisz i będę mówić o tym głośno wszem i wobec.
    Walka – nie zgadzam się na to, co robisz, ale jednocześnie zaczynam robić to samo, co Ty, ergo dałem Ci and sobą władzę (dramatyczny tego obraz dała walka o „sprawiedliwość klasową”, walka z zniewoleniem, która sama zamieniła się w zniewolenie).

    Lubię to

  10. No, o terminologię się spierać nie będę. Ja jednak bardziej jestem przekonana do koncepcji sprzeciwu, będącego manifestacją postawy całkowicie odmiennej od tej, której się sprzeciwiamy, i walki, która jest w istocie taką samą postawą, której się sprzeciwiamy, tylko o odmiennej polaryzacji (tz. robię to samo co Ty , tylko w imię czegoś przeciwnego niż Ty). Ale to jest moja terminologia na użytek własny :)

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s